Gdy w roku 1994 prezentowano samorządowcom przepisy ustawy o zamówieniach publicznych, jeden z nich wstał i powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale u nas się nie przyjmie. Nie ma bowiem takiej tradycji. Mylił się, i to podwójnie. Po pierwsze, lepiej czy gorzej, ale przepisy o przetargach przyjęły się w Polsce, bo po prostu przyjąć się musiały. Po drugie zaś, wbrew temu, co wydawało się wspomnianemu urzędnikowi, zamówienia publiczne nie są w naszym kraju niczym nowym.

– Zamówienia publiczne towarzyszą nam od samego początku rozwoju niepodległej Polski. Wynika to z faktu, że polski system zamówień publicznych kształtował się wraz z odbudową państwa polskiego po I wojnie światowej – tworząca się administracja musiała dokonywać zakupów, a armia potrzebowała zaopatrzenia. W okresie międzywojennym istniały normy prawne regulujące realizację dostaw czy robót na rzecz Skarbu Państwa, jednostek samorządowych i instytucji prawa publicznego oraz centralny system zaopatrzenia armii – mówi dr Paweł Nowicki, wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i radca prawny w kancelarii Prof. Marek Wierzbowski i Partnerzy.

– Rozwiązania, które dziś znamy, zaczęły się kształtować dopiero w latach 90. XX w. wraz z procesem transformacji ustrojowej, a następnie na skutek konieczności dostosowywania polskich rozwiązań do porządku prawnego Unii Europejskiej. Nie można jednak powiedzieć, że instytucje unijne wynalazły coś nowego, ponieważ idea wyboru najkorzystniejszej oferty w drodze przetargu, głównie nieograniczonego, była znana już w Polsce od okresu międzywojennego – podkreśla prawnik.

Pierwszy akt prawny regulujący publiczne zakupy – dekret w przedmiocie utworzenia Urzędu Rozdzielczego w celu centralizacji zamówień rządowych – został wydany już w grudniu 1918 r. Przepisy zamówieniowe nie były jednak spójne – w zależności od terenu stosowano procedury z danego zaboru. Dopiero 15 lutego 1933 r. uchwalono ustawę o dostawach i robotach na rzecz Skarbu Państwa, samorządu oraz instytucyj prawa publicznego. Był to akt natury ogólnej, przewidujący m.in. preferencje na rzecz przedsiębiorstw, surowców oraz wyrobów krajowych. Co ciekawe, także pierwsze przepisy III RP pozwalały na preferowanie polskich przedsiębiorców, ale musieliśmy z nich zrezygnować wraz ze wstąpieniem Polski do UE.

Najważniejszym aktem prawnym regulującym wydatki państwowe było bez wątpienia rozporządzenie Rady Ministrów z 29 stycznia 1937 r. o dostawach i robotach na rzecz Skarbu Państwa, samorządu oraz instytucyj prawa publicznego. Te nowoczesne przepisy zamówieniowe stawiały Polskę w awangardzie Europy. Za podstawowy tryb uznawały przetarg nieograniczony. Rozporządzenie stanowiło lex specialis względem prawa cywilnego.

Tygodnik DGP z 5 października 2018 r.

Tygodnik DGP z 5 października 2018 r.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Rozporządzenie to było na swoje czasy nowoczesną, przemyślaną regulacją, uwzględniającą zarówno osiągnięcia doktryny w zakresie rozwiązań konstrukcyjnych procedur przetargowych, jak i odpowiadającą wymaganiom praktyki. Do dziś stanowi ono cenny dorobek polskiej myśli legislacyjnej. Do rozwiązań w nim zawartych nawiązała potem ustawa z 1994 r. o zamówieniach publicznych, a niektóre z nich zachowały się jeszcze w aktualnie obowiązującej ustawie – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 1579 ze zm.) – zauważa Grzegorz Wicik, radca prawny specjalizujący się w zamówieniach publicznych. Wskazuje m.in. na obowiązek powołania komisji przetargowej, możliwość składania ofert częściowych, tryb zamówienia z wolnej ręki, katalog przesłanek wyłączenia osób wykonujących czynności w postępowaniu.

Polska jest w przededniu stworzenia nowego systemu zamówień publicznych, którego kluczowym elementem będą oczywiście nowe przepisy. Zdaniem ekspertów przy ich pisaniu wciąż możemy czerpać z międzywojennych doświadczeń. Ówczesne rozporządzenie lepiej wyważało interesy zamawiających i wykonawców.

– Wysokość zastrzeżonych kar umownych zasadniczo nie mogła przekraczać 15 proc. wartości kontraktu. W przypadku zwłoki w wykonaniu zamówienia zamawiający mógł przedłużyć termin wykonania umowy bez naliczania kar umownych lub naliczone kary umorzyć, jeżeli nie poniósł straty z powodu niedotrzymania terminu. Ze względów ekonomicznych zamówień należało udzielać w takim czasie, aby ich wykonywanie przypadało na sezony martwe. Jeżeli dostawa obejmowała kilka grup artykułów, produkowanych przez różne gałęzie przemysłu, należało dopuścić składanie ofert częściowych na każdą grupę artykułów – wylicza Grzegorz Wicik.