Da się oczywiście zrozumieć, dlaczego pierwsze miesiące po historycznych wyborach czerwcowych stawiały w centrum uwagi przede wszystkim problemy ekonomiczne, nawet przebudowa lokalnych struktur władzy publicznej nie wydawała się wówczas pierwszoplanowa. Na szczęście zbudowane od podstaw w 1990 r. samorządy lokalne szybko znalazły swoje miejsce w życiu publicznym i, co niemniej ważne, w gospodarce rynkowej. Inaczej, niestety, było z wymiarem sprawiedliwości: jakoś tam przecież działał i w pierwszej chwili wydawało się, że konieczna jest co najwyżej weryfikacja sprawujących go ludzi. Dokonano pewnych cięć w prokuraturach i policji (milicji), sądy z kolei pozostawiono w zasadzie samym sobie, licząc na to, że sędziowie we własnym zakresie dokonają potrzebnej samooceny. Tymczasem tak głęboko zamierzone zmiany w funkcjonowaniu państwa musiały równolegle stawiać pytania o miejsce w nim władzy sądowniczej. Takiej jednak debaty nikt wówczas nie rozpoczął, pozostawiając rozważanie szczegółów specjalistom poszczególnych dyscyplin prawniczych, którzy jednak nie pokusili się o wyjście poza swoje profesjonalne opłotki. Słusznie zauważył prof. Hubert Izdebski, że działalność legislacyjna początków lat 90. to działania w warunkach swoistej nostalgii ustrojowej. Kiedy brakowało właśnie solidnej podbudowy teoretycznej, a niejednokrotnie także wiedzy na temat współczesnych rozwiązań ustrojowych, często sięgano do rozwiązań z okresu międzywojennego, traktując je jako bezpieczny wzorzec, idealizując przy okazji wszystko to, co zniszczył PRL. W tej właśnie atmosferze zrodził się między innymi pomysł połączenia w jednym ręku funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Zrealizowano go jeszcze bodaj w 1990 roku z uzasadnieniem, że rząd musi mieć przecież jakiś instrument wpływania na politykę karną sądów. Argument, że tak właśnie było przed wojną, zdawał się zastępować wówczas jakąkolwiek dyskusję. Swoją drogą nie pamiętam, by ktoś wówczas ten pomysł torpedował czy nawet kontestował, domagając się chociażby głębszej podbudowy takiej ustrojowej konstrukcji, jawnie przecież wiodącej do naruszenia zasady odrębności władzy sądowniczej od pozostałych władz (ustawodawczej i wykonawczej). Że konstrukcja ta odbija się dziś wszystkim czkawką, wiemy aż nadto dobrze. Problem jednak w tym, że wszystkie kolejne rządy III Rzeczpospolitej, nawet jeśli widzą jego anachronizm, zachowują się jak ów osławiony chór w operze.

Nikt w czasie ostatniego dwudziestolecia nie podjął natomiast trudu całościowego przemyślenia pozycji sądownictwa i jego ustrojowej obudowy nawet przy okazji wejścia w życie nowej konstytucji. Zadowalano się doraźnym poprawianiem poszczególnych jego elementów. Wcześniej jeszcze sprywatyzowano notariat, podliftingowano nieco samorządy zawodowe adwokatów i radców prawnych, wprowadzono izbę komorników, kilkakrotnie nowelizowano podstawowe kodeksy, w wykonaniu zaleceń Rady Europy poddano kontroli sędziowskiej działalność prokuratury, zmieniono strukturę sądów, ale sam model kariery sędziowskiej, stanowiący kręgosłup władzy sądowniczej, pozostawał jednak niewzruszony. Jego podstawą pozostawała niezmiennie od lat 50. asesura stojąca - jak wykazał to Trybunał Konstytucyjny przed ponad już rokiem - w sprzeczności z zasadą sędziowskiej niezawisłości. W rezultacie mamy niewydolne sądownictwo, hybrydalną prokuraturę o niejasnej pozycji ustrojowej, przestarzałe więziennictwo i niepewną swojego losu adwokaturę, która w praworządnym kraju jest rezerwuarem sił dla całego sądownictwa. Czy jednak dziś stać nas będzie na pogłębioną refleksję? Czy wszystko utknie znowu na etapie politycznych, mało twórczych utyskiwań? Chociaż dziś już powszechnie w świecie wiadomo, że rozwój życia gospodarczego w mniejszym stopniu zależy od poziomu edukacji społeczeństw, a zdecydowanie bardziej od stanu praworządności w danym państwie.