Najpóźniej w maju tego roku generalnego inspektora ochrony danych osobowych zastąpi Urząd Ochrony Danych Osobowych. Prezes tej instytucji będzie powoływany przez Sejm, na wniosek premiera. W sposób bardzo niekonwencjonalny mieli natomiast być powoływani jego zastępcy. Zgodnie z pierwotną wersją projektu ustawy o ochronie danych osobowych dwóch wiceprezesów miał narzucać minister cyfryzacji, a jednego minister spraw wewnętrznych.

Rozwiązanie to powszechnie krytykowano podczas konsultacji społecznych. Ich uczestnicy wskazywali, że trudno mówić o niezależności prezesa, skoro nie będzie on nawet mógł mieć zaufania do swoich własnych zastępców. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało, że ponadto będzie to niezgodne z unijnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych. Zwróciło przy tym uwagę na potencjalny konflikt interesów. Prezes UODO będzie przecież kontrolować przestrzeganie przepisów o ochronie danych osobowych także przez MC i MSWiA. Podobne uwagi do projektu złożył również sam GIODO.

Resort cyfryzacji wciąż uważa, że jego pomysł na mianowanie zastępców nie kłócił się z niezależnością organu. Postanowił jednak nieco go zmodyfikować.

„Przykładając ogromne znaczenie do opinii wydawanych przez GIODO, projektodawca zdecydował się na wprowadzenie na tym etapie prac legislacyjnych zmiany w projekcie, poprzez przesądzenie, że zastępcy będą powoływani przez prezesa UODO, jednak na wniosek właściwych ministrów” – napisał w odpowiedzi na zgłoszone uwagi dr Maciej Kawecki, autor projektu ustawy.

Czy nowa wersja zapewnia niezależność prezesa? Wojciech Klicki uważa, że nie. – To zmiana pozorna, bo prezes UODO wciąż nie będzie miał decydującego wpływu na to, kto zostanie jego zastępcą. Będzie jedynie mógł powołać lub nie kandydata wskazanego przez resort – przekonuje. I dodaje, że niezależność od rządu w kształtowaniu zespołu jest fundamentalnym warunkiem dla realnej kontroli przez prezesa przetwarzania danych osobowych w sektorze publicznym.