Pierwszy prezent MS dał tym wszystkim, którzy zastanawiają się, jak tu pomimo 500 plus, niskiego bezrobocia i wysokich wskaźników koniunktury gospodarczej spiąć się z budżetem na święta. MS całkiem za darmo pokazał, jak to robią mistrzowie. Bo to sztuka dać coś, nic nie dając, i sprawić, by obdarowany cieszył się, nic nie zyskując. Wystarczy ogłosić dzieciakom, że w tym roku figa, nie będzie konsoli, drona czy snowboardu. A potem patrzeć jak, mimo takich zapowiedzi, cieszą się z resoraka, czekolady i oldskulowego komiksu, który tak naprawdę samemu chciało się przeczytać.

Drugi prezent dostali wszyscy, których zarówno doświadczenia poprzednich świąt, jak i inne okoliczności ujawnione w toku małżeństwa, o których milczała umowa, doprowadziły do ostateczności. Miło wiedzieć, że przy całej traumie związanej z rozwodem państwo nie będzie podstawiać nóg.

Trzeci prezent dostali ci, którym zależy, by prawo było dobre, a nie po prostu nowe. Rozum podpowiada, że rezygnacja z podwyżek to nic innego jak strach przed wkurzonym suwerenem, który podwyżek nie znosi bardziej niż rolnik stonki. I tu władza konsekwentnie robi wszystko, by suwerena nie wkurzyć. I nawet jak potrafię przyznać, że np. wysokość mandatów za wykroczenia drogowe, która się od końcówki ub. wieku nie zmieniła, nie jest już adekwatna, to nie powiem, że z tego powodu będę płakać.

Ale można na to też spojrzeć inaczej. Jako przykład tego, że rzadko bo rzadko, ale jakichś uwag rząd jednak słucha. No i w tym momencie trudno go krytykować za to, że to robi. A skoro zwykle – zwłaszcza „na odcinku” stanowienia prawa, jest zwyczajnie bryndza, to teraz jest powód do fety. Naiwnie zapytam – nie można tak częściej?

Żeby nie było – to też nie jest tak, że MS, wycofując się z podwyżek uznał krytykę za zasadną i przyznał do błędu. Takich cudów nie ma nawet na Boże Narodzenie. MS tłumaczył, że działanie jest racjonalne (opłaty sądowe nie były podwyższane od 12 lat, niezależnie od inflacji czy wzrostu przeciętnej płacy). Podwyżki wynikały z analizy realnych kosztów postępowań sądowych, a te rzekomo mają wynosić ponad 2,3 tys. zł. Wynikało to więc po prostu z troski o podatnika, który „nie powinien ponosić kosztów cudzych rozwodów”, tłumaczyło ministerstwo.

By nie okazać się niewdzięcznym, ja też dam resortowi radę. Z takimi argumentami lepiej uważać. Bo podatnik może następnym razem zapytać, czy musi ponosić koszty cudzych wypłat, np. posłów albo ministrów.