To właśnie te kwestie wywołały najwięcej kontrowersji w przygotowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości, a później zawetowanym przez prezydenta projekcie zmian w ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa. Tymczasem wygłaszając wczoraj oświadczenie, Andrzej Duda – wbrew wcześniejszym spekulacjom – nie zająknął się na te tematy ani słowem.

Przekazane przez głowę państwa informacje dotyczące projektu nowelizacji ustawy o KRS były dość skromne. Prezydent potwierdził, że chce, aby Sejm wybierał sędziów do rady większością trzech piątych głosów. To spora zmiana względem projektu MS, gdyż ten zakładał, że do podjęcia takiej decyzji będzie wymagana zwykła większość. Prezydent Duda zaznaczył, że ma świadomość, iż uzyskanie tak szerokiego konsensusu w Sejmie może być niewykonalne. Dlatego najpierw zaproponował, że w sytuacji gdy posłowie nie dojdą do porozumienia w kwestii wyboru sędziów do KRS, uprawnienie to po dwóch miesiącach będzie przechodziło na prezydenta.

Przy czym – zdaniem Andrzeja Dudy – takie rozwiązanie mogłoby być uznane za niezgodne z konstytucją. Aby uniknąć takich zarzutów, prezydent zaproponował projekt zmiany ustawy zasadniczej. Po konsultacjach przeprowadzonych z liderami partii politycznych okazało się jednak, że nie uda się zebrać w Sejmie dwóch trzecich głosów potrzebnych do korekty konstytucji. Dlatego prezydent przedstawił drugą opcję, zgodnie z którą po tym, gdy Sejmowi nie uda się wybrać sędziów do rady większością trzech piątych głosów, głosowanie zostanie po dwóch miesiącach powtórzone, tyle że wówczas każdy poseł będzie mógł oddać tylko jeden głos na konkretnego kandydata. To – zdaniem prezydenta – zagwarantuje odpartyjnienie wyborów.

Prezydent zapowiedział również, że kandydatów do rady będą mogły proponować grupy 2 tys. obywateli oraz środowisko sędziowskie. Zawetowana ustawa przyznawała takie prawo tylko politykom, więc można to uznać za krok w dobrym kierunku. Problem polega jednak na tym, że prezydent nie dookreślił wczoraj, czy na tym zamykałby się katalog podmiotów mających prawo wskazywania kandydatów do KRS. A to niezwykle istotne. Gdyby bowiem okazało się, że oprócz grupy obywateli oraz środowiska sędziowskiego uprawnienie to miałoby przysługiwać – tak jak to było w rządowym projekcie – również grupie 50 posłów i prezydium Sejmu, to zaproponowana wczoraj zmiana miałaby charakter fasadowy. To oczywiste, że posłowie chętniej będą głosowali za kandydatami, których sami przedstawili.

Jednak nawet jeżeli możliwość zgłaszania kandydatów byłaby ograniczona tylko do grup obywateli i środowiska sędziowskiego, i tak ukształtowany w ten sposób katalog będzie wywoływał wątpliwości. A to dlatego, że dla polityków to żaden problem zebrać od obywateli 2 tys. podpisów pod kandydaturą ich sędziego. A wówczas taki kandydat tylko pozornie byłby kandydatem obywatelskim. Po drugie, nie jest na razie jasne, co prezydent rozumie pod pojęciem środowiska sędziowskiego. Jeżeli bowiem chodzi tutaj np. o grupy sędziów o określonej liczebności, takie grupy z łatwością można utworzyć np. z sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości. I wówczas znów pojawiłoby się pytanie, czy o kandydatach mających tego typu poparcie można mówić jako o niepolitycznych.

Po wczorajszej konferencji nie wiemy natomiast nic na temat pozostałych rozwiązań, które były zawarte w przyjętej przez Sejm nowelizacji ustawy o KRS. Prezydent nie powiedział, czy jego projekt także zakłada wygaszenie kadencji obecnych członków rady. A przecież rozwiązanie to jako niedające się pogodzić z konstytucją było dość powszechnie krytykowane. Ustawa zasadnicza stanowi, że kadencja trwa cztery lata. Podnoszono, że w ten sposób doszłoby do niebezpiecznego precedensu, który otworzyłby drzwi do skracania zapisanych w ustawie zasadniczej kadencji innych organów, takich jak rzecznik praw obywatelskich czy właśnie prezydent.

Andrzej Duda nie ujawnił wczoraj, czy jego projekt powiela sejmowe rozwiązanie polegające na podziale KRS na dwa zgromadzenia. Pierwsze miało się składać w 70 proc. z polityków (czterech posłów, dwóch senatorów, przedstawiciela prezydenta, ministra sprawiedliwości oraz prezesów Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego), drugie – w całości z sędziów. Zawetowana ustawa zakładała, że tak ukształtowane zgromadzenia mogłyby się wzajemnie blokować przy podejmowaniu decyzji dotyczących wyboru kandydatów na sędziów. Zdaniem części ekspertów to rozwiązanie byłoby nie tylko niefunkcjonalne, ale również niezgodne z konstytucją. Ta bowiem zakłada, że przewagę w radzie mają sędziowie (jest ich 17 na 25 członków). Tymczasem rządowa propozycja spowodowałaby, że głosy sędziowskiej siedemnastki znaczyłyby w radzie tyle samo, ile głosy politycznej ósemki.