Roszczenia wobec Niemiec nie uległy przedawnieniu, oświadczenie Rady Ministrów o zrzeczeniu się reparacji wojennych z 1953 r. było sprzeczne z ówczesną Konstytucją PRL i dotyczyło pretensji wobec NRD, a nie całej RFN – twierdzi Biuro Analiz Sejmowych.

Autor opinii dr hab. Robert Jastrzębski podnosi, że prawo międzynarodowe nie uznaje przedawnienia roszczeń o odszkodowania z tytułu zbrodni przeciwko ludzkości. Zgodnie z ustaleniami konferencji poczdamskiej z 1945 r. Niemcy miały zostać zmuszone do wynagrodzenia „w jak najszerszym stopniu strat i cierpień wyrządzonych Narodom Zjednoczonym” i od tego obowiązku nie mogą się uchylić. Postanowienia tej samej konferencji zobowiązywały ZSRR do zaspokojenia polskich roszczeń ze swojego udziału. Ale, jak zauważa BAS, nie ma tam postanowienia, że Polsce nie przysługują inne świadczenia bezpośrednio od Niemiec.

– Umowa poczdamska miała charakter ramowy – tłumaczy autor opracowania. – Natomiast prawo międzynarodowe ma to do siebie, że wiele kwestii regulowane jest umowami dwustronnymi. Niemcy Zachodnie zawarły z innymi państwami odrębne umowy dotyczące odszkodowań. Tego typu porozumienie zawarły z Polską 31 października 1929 r. w ramach umowy likwidacyjnej, która dotyczyła wzajemnych rozliczeń związanych z pierwszą wojną światową. Po drugiej wojnie takiego porozumienia już nie podpisano – argumentuje prawnik.

Jak czytamy w opinii, zobowiązanie ZSRR do zaspokojenia polskich roszczeń nie określało ani zakresu zaspokojenia, ani terminów spełnienia świadczenia. Określono natomiast, że nastąpi ono ze stref okupacyjnych poszczególnych krajów.

Zarówno więc odszkodowania, jak i późniejsze zrzeczenie się ich dotyczyło, zdaniem BAS, tylko Niemiec Wschodnich. A oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się odszkodowań było niezgodne z konstytucją (ratyfikacja i wypowiadania umów międzynarodowych należały do kompetencji Rady Państwa, nie Rady Ministrów). Wreszcie w traktacie dwa plus cztery (umowie o ostatecznym rozwiązaniu problemów drugiej wojny światowej z 1990 r.) „w ogóle nie zajmowano się sprawami reparacji wojennych, ale tylko generalnie zamknięciem problemu drugiej wojny światowej”.

Z prośbą o opracowanie opinii „w sprawie możliwości dochodzenia przez Polskę od Niemiec odszkodowania za szkody spowodowane przez drugą wojnę światową w związku z umowami międzynarodowymi” zwrócił się do BAS poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS). Z jej treści poseł jest zadowolony.

– Wynika z niej, że Polska ma prawo i możliwość dochodzenia roszczeń od Niemiec. Jest bardzo profesjonalnie wykonana, pokazuje całość problematyki reparacji z XX w. i daje zielone światło do podjęcia działań dyplomatycznych – mówi Mularczyk.

Pojawiają się jednak wątpliwości. Choć w stosunku do opinii prawnej trudno czynić zarzut, że nie przedstawiono w niej pełnych obliczeń kwot, których powinniśmy domagać się od Niemiec, to trudno zrozumieć, dlaczego pominięto kwestie związane z przejęciem po 1945 r. Ziem Odzyskanych. Nie wiadomo więc, czy i w jaki sposób przyłączenie np. Pomorza Zachodniego czy Śląska do Polski miałoby wpłynąć na wysokość reparacji. Co ważniejsze, w dokumencie nie ma ani słowa o tym, z jakich instrumentów prawnych mogłoby skorzystać MSZ w celu skutecznego ich dochodzenia.

– Reparacji finansowych dostaliśmy zbyt mało, że mamy prawo czuć się pokrzywdzeni. To prawda. Jednak pod względem prawnym droga jest już zamknięta i analiza BAS niczego nowego tu nie wnosi – mówi prof. Robert Grzeszczak z UW. – Nie ma tam wskazówki, jak Polska miałaby dochodzić tych roszczeń, bo taka procedura nie istnieje. Gdyby autor miał odpowiedzieć na to pytanie, to musiałby napisać, że w świetle obowiązującego prawa międzynarodowego nie ma możliwości dochodzenia reparacji, bo droga została skutecznie zakończona, co potwierdzały kolejne rządy PRL i wolnej Polski.

– To nie było przedmiotem opinii. Wszystko będzie zależało od rozmów bilateralnych, a te, jeśli już, będzie prowadziło MSZ – broni się autor.

Robert Jastrzębski specjalizuje się w tematyce związanej z historią prawa i historią gospodarczą, a nie w prawie międzynarodowym.

Odszkodowanie na politycznej agendzie

Decyzji, czy rząd wystąpi z reparacjami, czy nie, możemy się spodziewać najwcześniej w październiku. – Wkrótce w Niemczech będą wybory. Nie wiemy, jaka koalicja będzie rządziła. Zobaczymy, jaka będzie polityka nowego rządu Niemiec wobec Polski i wewnątrz Unii Europejskiej – mówi jeden z polityków z centrali PiS.

Na razie prowadzone są prace studialne dotyczące możliwości wystąpienia o reparacje od Niemiec. Biuro Analiz Sejmowych przygotowało opinię jako pierwsze. Analizy prowadzi też MSZ.

– Chodzi o to, by zamknąć sprawy niezamknięte po II wojnie światowej. Nie jesteśmy jedyni, np. Japonia dopiero rozmawia z Rosją o traktacie pokojowym – mówi eurodeputowany PiS Karol Karski. – W przypadku państw, które stawiały tę kwestię, Niemcy płacili. Musimy uświadomić, że to nie doraźny postulat a wola zamknięcia tej kwestii – deklaruje Karski

Inne zadanie ma część opozycji. – Myślę, że będziemy zwodzeni, iż jest podstawa prawna do odszkodowań, ale działań w tym kierunku nie ujrzymy. To gra wewnętrzna z małym prawdopodobieństwem uruchomienia formalnej procedury. Widać też brak symetrii. Skoro chcemy odszkodowań od Niemców, to czemu nie od Rosjan – mówi Andrzej Halicki z PO.

W samym PiS też nie wszyscy są przekonani, że dojdzie do skutecznego zgłoszenia wniosku o odszkodowania. – Nie chce mi się wierzyć, że Jarosław Kaczyński uważa, iż Polska jest na tyle potężna, że może cokolwiek w tej sprawie bez jakichś sojuszników uzyskać. Traktuję to w 90 proc. jako osiąganie celów w polityce wewnętrznej. Takie działanie ma pokazać, że to rząd, który dba o polskie interesy jak żaden inny – mówi DGP politolog Antoni Dudek.

Politycy PiS liczą, że podnoszenie kwestii odszkodowań stanie się nośne medialnie i pozwoli na skuteczniejsze niż do tej pory przypominanie na arenie międzynarodowej kwestii odpowiedzialności za wybuch II wojny światowej. Roszczenia adresowane będą do Niemiec, jako spadkobiercy III Rzeszy, więc Polska będzie mogła przypominać, że naziści byli Niemcami.

Kolejny argument to blokowanie możliwością wystąpienia o wypłatę odszkodowań ewentualnych niemieckich inicjatyw uderzających w polskie interesy. Chodzi nie tylko o stosunki dwustronne, lecz także politykę unijną, np. próby dużego przykrojenia przyszłego budżetu UE dla Polski. Tyle że skuteczność takiego argumentu zależy od tego, na ile polskie żądania są realne i mają szanse realizacji. 

OPINIA

Ważne nie tylko, czy etycznie jest brać

Patryk Słowik, fot. Wojciech Górski

Patryk Słowik, fot. Wojciech Górski

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Opinia Biura Analiz Sejmowych na temat reparacji nie daje odpowiedzi na pytanie: jak dostać pieniądze? Dowiadujemy się z niej jedynie, czy gdyby nam Niemcy chcieli wypłacić biliony złotych, to etycznie jest brać. Nie jestem profesorem prawa, ale sugerowałbym, aby brać. Rzecz w tym, że szanse na to, iż Angela Merkel stwierdzi, że trzeba wysłać ciężarówki z forsą nad Wisłę, nie jest duża. Jeżeli chcemy poważnie rozmawiać o reparacjach od Niemiec, powinniśmy znaleźć odpowiedź na pytanie „jak?”.

Rzecz najważniejsza: w razie sporu pomiędzy Polską a Niemcami (Polska chce brać, ale Niemcy nie chcą dać) który z organów prawa międzynarodowego jest właściwy do jego rozstrzygnięcia? Ja żadnego władnego nie dostrzegam.

Kłopot jest jeszcze jeden. Oburzamy się na stwierdzenia niemieckich polityków przypominających, że może warto porozmawiać też o polskich granicach. To złośliwości. Mnie też oburzają, choć wiem, że do poważnej debaty na ten temat nie dojdzie. Ale gdy wyciąga się obrus z zastawionego stołu, należy liczyć się z tym, że nie wiadomo, które elementy zastawy zlecą z hukiem na ziemię.

Dyskusję o odpowiedzialności Niemiec i reparacjach można by wykorzystać w kreowaniu polskiej polityki historycznej. Warto byłoby o tym wspomnieć przy unijnym stole podczas dzielenia budżetu na kolejne lata. Nie zgadzam się z tezą, że skoro dobrze żyjemy z naszym sąsiadem, to nie wolno go denerwować. W Niemczech podobny pogląd się nie przyjął, gdy raz za razem wspominano o polskich obozach zagłady. Dlatego gdy poseł Mularczyk wspomniał o temacie, stwierdziłem publicznie, że dobrze, iż to robi. Szkoda tylko, że politycy – razem z Biurem Analiz Sejmowych – zrobili wiele, by całą sprawę ośmieszyć.