Wyobraźmy sobie następującą sytuację: gmina w drodze przetargu wybiera firmę, która ma wybudować lub wyremontować fragment drogi lokalnej. Obie strony podpisują kontrakt, w ruch idą łopaty. Niestety, jak to często bywa, wykonawca ma problem z dotrzymaniem terminów. Inwestycja się przeciąga, po drodze pojawiają się kolejne problemy, wójt i jego wyborcy zaczynają się denerwować, a media nagłaśniają sprawę.

Kontrakt przewiduje możliwość nałożenia na wykonawcę wysokich kar umownych za niedotrzymanie terminów. Sprawa jednak trafia do sądu, a tam postępowanie ciągnie się w nieskończoność. W tym czasie droga zostaje ukończona, kierowcy zaczynają z niej korzystać, a firma... ogłasza upadłość. W efekcie gmina nie ma z kogo ściągnąć zaległych pieniędzy.

Strach wygrywa

Tego typu sprawy dałoby się załatwiać dużo szybciej i z korzyścią dla obu stron, gdyby zawierały one ugody. I teoretycznie mają taką możliwość. Ale w praktyce już nie bardzo. – Strona publiczna niechętnie korzysta z możliwości zawierania ugód i woli rozwiązać sprawę w drodze procesu sądowego. W przeciwnym wypadku może narazić się na ryzyko zarzutu bezpodstawnego odstąpienia od dochodzenia należności budżetowej – tłumaczy Jarosław Jóźwiak z Kancelarii Prof. Wierzbowski i Partnerzy.

Liczba spraw sądowych rośnie

Liczba spraw sądowych rośnie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wszystko przez niejednoznaczne przepisy, które zmuszają lokalne władze do wkraczania za każdym razem na drogę sądową. Przykładowo Główna Komisja Orzekająca w decyzji z 28 czerwca 2007 r. (DF/GKO-4900-26/30/07/18) zwróciła uwagę, że rezygnacja z wierzytelności przez jednostkę sektora finansów publicznych nie może być zupełnie dowolna. – Jednostki te powinny kierować się w swojej działalności finansowej zasadami celowości, oszczędności i działania dla dobra finansów publicznych – wyliczyła komisja. Przy tak ogólnikowych kryteriach trudno się dziwić, że urzędnicy boją się pertraktować bez wchodzenia na ścieżkę sądową.

Na szczęście jest szansa na zmianę. W Sejmie trwają prace nad projektem ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia dochodzenia wierzytelności (druk 1185, w zeszłym tygodniu skierowany do dalszych prac w komisjach sejmowych, swoje opinie do projektu przedłożyły już Sąd Najwyższy oraz Prokuratoria Generalna). Zawarty tam art. 7 ust. 2 wprowadza furtkę dla urzędników chcących skorzystać z polubownych metod rozwiązywania sporów: „Nie stanowi naruszenia dyscypliny finansów publicznych zaciągnięcie lub zmiana zobowiązania na podstawie ugody w sprawie spornej należności cywilnoprawnej zawartej zgodnie z przepisami prawa” – czytamy w dokumencie.

Eksperci są zdania, że to krok w dobrym kierunku. – Dzięki proponowanej nowelizacji urzędnicy przestaną się bać sięgać po ugodowe rozwiązania – ocenia Jarosław Jóźwiak. A branża budowlana liczy, że tego typu regulacje ułatwią procesy inwestycyjne, zwłaszcza gdy dochodzi do nieprzewidzianych wcześniej komplikacji.

Sąd się nie opłaca

W równie optymistycznym tonie wypowiadają się samorządowcy. – Przeżyłem na własnej skórze taką sytuację w 2010 r. – opowiada Bartłomiej Bartczak, burmistrz Gubina. Chodziło o uzbrajanie terenów inwestycyjnych w gminie. – Naliczyliśmy kontrahentowi karę umowną, bo nie dotrzymywał terminów. Na koniec sąd rozstrzygnął, że odszkodowanie, które naliczyliśmy, było za duże, ponieważ 90 proc. robót było wykonanych. Byliśmy stratni podwójnie, bo w grę wchodziły jeszcze środki unijne, z których część musieliśmy zwrócić do Brukseli – opowiada. – Gdyby można było wtedy zawrzeć ugodę, być może moglibyśmy się dogadać z wykonawcą, na karę niższą niż ta umowna i jednocześnie wyższą niż ta, którą orzekł sąd – kwituje Bartczak.

Temat polubownego załatwiania spraw wykiełkował już na początku września 2016 r., ale wtedy nie wróżono temu rozwiązaniu sukcesu. Bo Ministerstwo Finansów nie zostawiło suchej nitki na propozycjach Ministerstwa Rozwoju. Wówczas resort Mateusza Morawieckiego proponował, by do ustawy o finansach publicznych (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 885 ze zm.) dodać art. 54a. Zgodnie z nim jednostka sektora finansów publicznych miała mieć możliwość zawarcia ugody w sprawie spornej należności cywilnoprawnej, pod warunkiem że jej skutki będą dla jednostki korzystniejsze niż prawdopodobny wynik postępowania sądowego.

Resort finansów (wówczas jego szefem był Paweł Szałamacha) uznał, że takie rozwiązanie stworzy pole do dużych nadużyć. Argumentował, że regulacja jest nieprecyzyjna oraz że zawieranie ugód pośrednio negatywnie odbije się na samorządowych budżetach. „Przepis nie zawiera np. mechanizmów kontroli zasadności zawieranych ugód, jak również uprawnionych do tego organów. Nie przewiduje się także monitoringu skali zjawiska poprzez upublicznienie tej formy rezygnacji ze środków budżetowych” – zwracał uwagę resort.

Ministerstwo Rozwoju nie zgadzało się z taką argumentacją. Jego zdaniem „intencja autora uwagi nie jest jasna” i nie ma uzasadnienia, by samorządy nie mogły korzystać z proponowanych regulacji.

Sytuacja zmieniła się kilka tygodni później. Pod koniec września 2016 r. Mateusz Morawiecki przejął kontrolę również nad resortem finansów. To najwyraźniej było pretekstem do wyjścia z klinczu – 29 grudnia 2016 r. projekt ustawy przewidujący furtkę do zawierania ugód przez stronę publiczną został skierowany do Sejmu. A do prezentowania stanowiska rządu w tej sprawie w toku prac parlamentarnych został upoważniony właśnie minister rozwoju i finansów.