Dla kolegów „Rzepa”. Dla współpracowników „Prezes”. Dla studentów i naukowców „Profesor”. Dla polityków rządu „sędzia”. Dla opozycji „ostatni obrońca demokracji”. Dla wyborców PiS „zdrajca ojczyzny”.

O Andrzeju Rzeplińskim można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest postacią przewidywalną. I dlatego nie sposób zgadywać, co też będzie robił po 19 grudnia, gdy skończy się jego kadencja w Trybunale Konstytucyjnym. Dla części prawników, obserwatorów i jego znajomych niemal oczywiste jest, że na polityka się nie nadaje. Według innych wręcz przeciwnie, ma kompetencje nawet do startowania w wyborach prezydenckich.

Ale – ku zadowoleniu jednych i niechęci innych – na pewno nie zniknie z życia publicznego. Na szczęście. Bo to jest postać z gatunku takich, które tworzą historię. A stratą dla wszystkich byłoby, gdyby wraz z zakończeniem jego roli w trybunale zakończyła się też jego publiczna działalność. Właśnie dlatego, że budzi takie zachwyty u jednych i taką niechęć u innych.

– Rzepa? O, to bardzo skomplikowana postać. Nie można dać się zwieść prostej ocenie jego postaci. Rzepliński to nie jest jednowymiarowa postać, którą można wpisać w proste schematy. On ani nie jest przez środowisko dzisiejszej liberalno-lewicowej opozycji tak bardzo kochany, ani nie jest światopoglądowo tak daleki od PiS, jak by to się mogło wydawać – mówi jeden z jego kolegów. Nie napiszę, skąd dokładnie się znają. Bo to osoba, która jako jedna z nielicznych zgodziła się porozmawiać o Rzeplińskim bardzo otwarcie, mówiąc o nim sporo gorzkich słów, a jednocześnie będąc pod jego ogromnym wrażeniem i wpływem.

Równocześnie wielu jego współpracowników, znajomych i bliskich rozmawiać dziś o „Rzepie” nie chce. Profesor Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, odmawia, bo czułaby się niezręcznie, oceniając swojego następcę w TK. Doktor Paweł Moczydłowski, jego niegdysiejszy bliski współpracownik, wręcz kolega przy badaniach naukowych o więzieniach, stwierdza, że jakieś dwa lata temu ich ścieżki się rozeszły, a do przeszłości nie chce wracać. Profesor Monika Płatek, szefowa Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawniczej, po prostu ucina: – O Rzeplińskim nie chcę rozmawiać.

– Ja ich nawet rozumiem. On jest dziś w takiej sytuacji, że by mu nie zaszkodzić, a tym samym nie zaszkodzić też atmosferze wokół trybunału, można o nim mówić tylko pozytywnie. Każdy głos bardziej zdystansowany może zostać odczytany po wielokroć na jego niekorzyść. Więc ludzie, którzy go dobrze znają i w efekcie znają też jego pewne osobowościowe wady, wolą już nic nie mówić – tłumaczy Krzysztof Sobczak, pierwszy redaktor naczelny ówczesnego tygodnika „Gazeta Prawna” z połowy lat 90. i autor książki będącej zbiorem wywiadów z Rzeplińskim „Służąc rządom dobrego prawa”. – On ma swoje mocno ugruntowane, przepracowane poglądy i to nie zawsze takie, z którymi łatwo się zgadzać. Ale, co ważne, jest ich pewien i nie poddaje się tu żadnym naciskom – dodaje Sobczak, podkreślając, że właśnie ta stałość jest jedną z najważniejszych cech Rzeplińskiego.

Rzeczywiście, jego poglądy są wyraziste i niekoniecznie takie, jakich można by się spodziewać po prezesie TK na wojnie z rządem PiS. Twardy kurs co do lustracji, konserwatywne, niechętne podejście do związków partnerskich dla osób homoseksualnych, czy równie konserwatywne i niechętne poglądy co do poluzowywania ustawy antyaborcyjnej. – On uważa, że sędzia powinien być w swoich poglądach konserwatywny, bo operuje w ramach prawa, a nie ma doprowadzać do jego zmian. To dotyczy zarówno kwestii światopoglądowych, jak i podstaw funkcjonowania państwa. W tym drugim różni się od PiS, który uważa, że gdy coś – choćby i z konstytucyjnego porządku – staje na drodze do celów, jakie rząd zakłada, to trzeba to zmienić – tłumaczy Sobczak i dodaje, że hasło jeszcze sprzed dekady, z poprzednich rządów PiS o „imposybilizmie”, czyli że konstytucja albo bezpośrednio, albo przez interpretację nadaną jej przez Trybunał Konstytucyjny nie pozwala władzom na wprowadzanie potrzebnych krajowi reform i zmian, jest dla Rzeplińskiego nie do przyjęcia.

Prezes

Już dwa lata temu Rzepliński mówił dokładnie to samo, co mówi i robi od roku. „Jakiś czas temu poseł Adam Hoffman (...) mijał się z prawdą mówiąc, że wyroki Trybunału Konstytucyjnego były niekorzystne dla programu deregulacji zawodów prawniczych” – to słowa Rzeplińskiego ze wspomnianej książki Sobczaka wydanej na początku 2015 r., a do której materiały zbierał jeszcze w 2014 r. „Wyroki trybunału są niekorzystne dla ustaw niekonstytucyjnych. Trybunał nie pisze ustaw – ani dobrych, ani złych. Jeżeli przepis jest niekonstytucyjny, to Trybunałowi jest dokładnie wszystko jedno, czy uchwalił go PiS, PO czy SLD. (...) Polityk powiedział, że jeżeli jego partia przejmie władzę, to kompletnie zmieni Trybunał Konstytucyjny. (...) Jak nas rozwiążą, to ze wszystkimi tego skutkami dla Polski. Niech więc się Polacy tego boją” – mówił w wywiadzie z Krzysztofem Sobczakiem.

– Nic, ale to nic nie jestem zaskoczona jego postawą w ostatnim roku. Jest dokładnie taka, jakiej mogłabym się spodziewać. To wojownik i jak widzi, że ma o co walczyć, to się tego trzyma – ocenia Maria Ejchart-Dubois. Słyszę od kilku osób znających dobrze środowisko prawnicze, że to z nią muszę koniecznie porozmawiać, bo jak mało kto zna Rzeplińskiego, blisko z nim pracuje, a przy tym ma też do niego dystans. Ejchart-Dubois jest jego doktorantką i współpracowniczką od 16 lat i nie ukrywa, że jest pod wrażeniem i wpływem profesora. – Nie chcę, by to zabrzmiało jak zbytnie spoufalanie się, a nawet pewna egzaltacja, ale on jest dla mnie trochę jak ojciec. W takim sensie, że jest nauczycielem i mentorem. Ale też taką postacią, z którą mimo lat pracy, mimo tego, że różnica w wieku nam się skraca, to jednak pozostajemy w dystansie. I to takim nie do przeskoczenia – dodaje i wspomina pierwsze spotkanie. – Byłam tuż po studiach i starałam się o pracę w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w której Rzepliński był ówcześnie szefem działu prawnego. I po tej rozmowie wyszłam z poczuciem, jak ogromny dystans nas dzieli. Co mam na myśli? Profesor naprawdę jest kilka poziomów wyżej od nas, zwykłych ludzi, i, no cóż, daje tę swoją intelektualną wyższość innym odczuć. Ale mimo wszystko w fundacji zaczęłam pracować i co więcej, od tych kilkunastu lat jestem jego doktorantką i biorę udział w badaniach, które prowadzi... – kobieta co chwilę zamyśla się. – Moim zdaniem on taki dystans buduje nieświadomie. Po prostu taką ma osobowość, nie ma w tym jakiejś złośliwości czy poczucia wyższości wobec innych. Po prostu góruje nad ludźmi i to nie tylko wzrostem. A mimo wszystko potrafi okazać troskę i zainteresowanie. Jeden e-mail od niego wystarczy, by poczuć, że naprawdę zależy mu na współpracowniku.

– Bardzo silna osobowość, taka, która rzeczywiście, szczególnie na początku, może onieśmielać i wielu onieśmiela. Jak się z nim rozmawia, to często ma się wrażenie, że on już jest myślami kilka kroków dalej – przyznaje jedna z długoletnich pracownic trybunału. – Ale to nie tak, że on nas traktuje z jakąś wyższością. Wręcz przeciwnie. Owszem, jest szefem wymagającym, i to bardzo, ale ma też poczucie humoru, jest zainteresowany ludźmi. Tylko nie okazuje tego tak na każdym kroku. Trzeba go poznać, by umieć mu choćby żartobliwie odpowiedzieć – dodaje pracownica.

Ta silna osobowość, czego nietrudno się domyślić, niekoniecznie przysparzała Rzeplińskiemu sojuszników. I to od lat. Jak wspominają jego pracownicy, jeszcze w czasach, kiedy aktywnie działał w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, widoczny był konflikt charakterów, a także podejścia do wizji praw człowieka między Markiem Antonim Nowickim, który fundacji szefował, a Rzeplińskim. Na początku XXI wieku Nowicki został mianowany przez ONZ ombudsmanem w Kosowie, a Rzepliński wtedy był w Warszawie i to on głównie zajmował się fundacją, będąc równolegle doradcą Leona Kieresa, szefa IPN-u. – Był bardzo gorliwy w kwestii lustracyjnej, taką gorliwością neofity. Tak bardzo chciał rozliczać, że człowiek się zastanawiał, czy sam siebie trochę nie chciał rozliczyć z przeszłości, bo przecież, co nie jest tajemnicą, był w PZPR. I właśnie w temacie lustracji Zbigniew Hołda (członek zarządu HFPC – red.) z Rzeplińskim się ścierali. Hołda mawiał: „A ten Andrzej to tak przesadza, napalony za bardzo jest”. A „Rzepa” twardo upierał się przy zasadzie „prawda nas wyzwoli”. I on już wtedy dzięki ten swojej postawie był bardzo medialny. Widać było, że lubił mieć wpływ na opinię publiczną – wspomina jego kolega.

Gwiazdor

Tę medialność w ostatnich miesiącach zaczął mu wypominać PiS i traktować jako element walki politycznej.

– Znacznie korzystniejszy – tak dla trybunału, jak i dla państwa – był stan z poprzednich lat kierowania TK przez Rzeplińskiego. To znaczy sytuacja, w której sędziowie zajmowali się raczej sądzeniem niż politycznymi wystąpieniami. Ówczesna postawa profesora bardziej do mnie przemawiała – ocenia konstytucjonalista dr Marek Dobrowolski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

– Byłbym bardzo daleki od takich ocen. Na początku konfliktu o trybunał Rzepliński wcale w mediach nie brylował, wręcz przeciwnie. Aż doszło do pewnego przełomu. Były nim statystyki pokazane przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę w telewizji porównujące „pracowitość” polskiego i niemieckiego trybunału, oczywiście na niekorzyść polskich sędziów. To były dane, nie ma co ukrywać, zmanipulowane, porównujące dwa zupełnie inaczej funkcjonujące organy, ale stało się to dla naszego TK i jego sędziów sygnałem, że czas zacząć walczyć o wizerunek – tłumaczy Sobczak.

Odbyło się wtedy spotkanie sędziów trybunału, na którym wskazali, że to prezes powinien być medialną twarzą TK. I tak się stało. Z całą siłą swojej osobowości i pewności poglądów Rzepliński zaczął o trybunał walczyć i ostro się wypowiadać.

Grudzień 2015 r. O konieczności przyjęcia ślubowania od sędziów wybranych jeszcze w poprzedniej kadencji: „Prezydent nie ma innego wyjścia. Taki jest wyrok trybunału. Nikt, czy to prezydent, czy bardzo prosty człowiek, nie może lekceważyć Konstytucji”. O pomysłach zmiany trybu orzekania: „Poseł Kukiz nie za bardzo zna państwo jako bardzo skomplikowaną maszynerię. (...) I nawet jakby tysiąc Kukizów zjadło dużo kiełbasy, to i tak by nic nie pomogło”.

Maj 2016. Podczas drugiego czytania projektu ustawy o TK: „Mając do czynienia z uprawnieniem prezydenta, który będzie mógł unieważnić orzeczenie sądu dyscyplinarnego, do sędziego wysyłana jest informacja – ostatecznie twój los zależy od prezydenta, bądź sędzią prezydenta, jego wniosków, głosuj w sposób, który będzie go satysfakcjonował”.

Lipiec 2016. W wywiadzie dla „Deutsche Welle”: „Politycy rządzący w Polsce uważają najwyraźniej, że społeczeństwo uznało, że wynik wyborów parlamentarnych sprzed roku oznacza, że cały naród oddał pełnię władzy jednej partii i ona może z tą władzą czynić dokładnie to, co uważa za stosowne i dobre i że nie podlega i nie może podlegać żadnej kontroli, ponieważ jest suwerenem”.

A to tylko kilka z wystąpień, które odbijały się mocnym, także politycznym, echem. Ale, jak podkreślają praktycznie wszyscy, o wiele ważniejsza niż jego medialność jest to, jak bardzo Rzepliński jest ambitny i pracowity. I to na wielu frontach. Posłanka Krystyna Pawłowicz wypominała mu, że nie jest konstytucjonalistą, tylko karnistą. Tyle że właśnie ta specjalizacja jest jedną z jego najmocniejszych stron.

Profesor

– Oczywiście, że bycie sędzią trybunału trochę ograniczyło jego aktywność akademicką. Ale prowadzi wykłady, realizuje badania naukowe, ma grupę seminaryjną. Choć, nie ma co ukrywać, ma na to znacznie mniej czasu niż wcześniej, także na kwestie administracyjne. Co nie znaczy, że praca naukowa nie jest dla niego ważna. Przeciwnie, naukowcem jest od lat 70. i nigdy nie przestał być – opowiada profesor Zbigniew Lasocik, także kryminolog, kierownik Ośrodka Badań Handlu Ludźmi na Uniwersytecie Warszawskim.

To praca naukowa w ogromnej mierze ukształtowała to, kim jest Rzepliński. W jakimś sensie dzięki nauce trafił do życia publicznego. I tu już musimy cofnąć się do przeszłości. Na pierwszy rzut oka jego biografia jest wręcz modelowa dla polskiej powojennej inteligencji. Jako jedno z dzieci z rolniczej rodziny wyjeżdża na studia, gdy drugie zostaje na roli. I co więcej, trafia na rocznik prawa na Uniwersytecie Warszawskim, który okazuje się być niezwykle bogaty, jeżeli chodzi o ciekawe osobowości. Razem z nim studiują Jarosław i Lech Kaczyńscy, Bogusław Wołoszański i jego przyszły przyjaciel, ale też przyszły prezes TK, Marek Safjan. Na wydziale prawa poznaje również swoją przyszłą żonę Irenę. Na ślub decydują się tuż po skończeniu studiów. Rzepliński szybko też wybiera specjalizację. Kryminologia i aplikacja prokuratorska, gdy jego żona decyduje się na sędziowską. Poza wyborem studiów doktoranckich podejmuje jeszcze jedną decyzję. O wstąpieniu do PZPR.

Ale zasadnicze znaczenie ma co innego. Więzienia, więźniowie i badanie systemu penitencjarnego. Zainteresował się tym jeszcze na samym początku studiów w 1968 r., gdy wraz z grupą kolegów z koła naukowego zorganizowali obóz dla chłopaków, którzy dostali przepustki z poprawczaków. I to nie byle obóz, bo spływ kajakiem po lodowcu w Himalajach. Tak go to wciągnęło, że jeszcze jako student zaczął działać w rozwijającym się na uczelniach całej Polski studenckim ruchu penitencjarnym. – Ruch ten stworzył Tadeusz Kostewicz, były żołnierz AK, który sam przeszedł więzienia i po wyjściu z nich zaczął pracować nad tym, by sędziowie mogli zobaczyć, jak to wygląda od środka, co faktycznie dotyka osadzonych. I właśnie taką tematyką Andrzej Rzepliński zajmował się już aktywnie, gdy poznaliśmy się w 1979 r. – wspomina profesor Lasocik. – Ja byłem wtedy po trzecim roku prawa i rozpoczynałem równoległe studia na resocjalizacji, a ówczesny dr Rzepliński był adiunktem i dzięki pracy z nim mogliśmy przeprowadzić naprawdę wartościowe badania. Wcześniej badania więziennictwa były oczywiście prowadzone, ale skupiały się na najbardziej neutralnej kwestii, czyli resocjalizacji. Nasze pokolenie zaczęło aktywnie badać prawa więźniów jako prawa człowieka, a więzienie jako instytucję społeczną. Był rok 1980 i trwał prawdziwy festiwal wolności oraz praw człowieka. W 1981 r. zgromadziliśmy wiele dowodów na to, że prawa więźniów były łamane w całej Polsce. Zabraliśmy te informacje, przeanalizowaliśmy je i tak powstał słynny Studencki raport o stanie więziennictwa, wydany praktycznie domowym sumptem, poza cenzurą, jako druk wewnętrzny UW. Ten raport cytowało m.in. Radio Wolna Europa. Zaowocowało to na pewno innym spojrzeniem na sytuację więźniów, lecz także zablokowaniem nam możliwości wchodzenia i badania więzień – wspomina profesor Lasocik.

Rzepliński początkowo próbował jako członek PZPR doprowadzić do jej oddolnej zmiany. Jak powiada w książce Sobczaka, 8 grudnia 1981 r. z kolegami z socjologii i filozofii przygotował spotkanie podstawowych organizacji partyjnych tych wydziałów, na którym przedstawił... uchwałę wzywającą do wystosowania apelu do KC PZPR do przeprowadzenia wolnych wyborów w 1982 r. Zaproponował nawet datę: 8 marca. Kiedy jednak nawet współorganizatorzy spotkania wycofali się z tego karkołomnego pomysłu, Rzepliński oburzył się i z miejsca oddał legitymację partyjną. Co obrosło już legendą. Miał ją nawet spalić. I rzeczywiście tak było, ale kilka dni później, już po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy próbowano mu ją wręczyć ponownie i nakłonić do powrotu w szeregi PZPR.

Oczywiste było, że zwrócenie się przeciw partii musiało zaowocować konkretnymi reperkusjami. Największą było wstrzymanie jego stypendium na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Albany.

Wielozadaniowiec

– Poznałem go w 1989 r., ale pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałem o nim jeszcze w 1981 r. jako o jednym uczestników Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych „Solidarności”, czyli takiej grupy ekspertów przygotowującej reformę i demokratyzację polskiego prawa – wspomina w rozmowie z nami profesor Jerzy Stępień, także były prezes TK, i dodaje: – O tym się czasem zapomina, ale on już od lat 80. zaczął bardzo aktywnie działać jako legislator.

Jeszcze dla Centrum napisał najpierw projekt kodeksu karnego wykonawczego, a potem pierwszą wersję projektu ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. – Później, już po upadku komunizmu, w ogromnej mierze to jego autorstwa były ustawy o IPN-ie, GIODO, współtworzył konstytucję – wymienia Stępień. – Samym tym zapisał się, i to mocno, w najnowszej historii. Ale z nim jest tak, że zawsze równolegle robił ileś rzeczy. I tak od lat 80. aktywnie działał w ruchu ochrony praw człowieka – dodaje Stępień.

– Pamiętajmy, badania naukowe to jego podstawowa praca. Wciąż bardzo drobiazgowo, szczegółowo prowadzi badania nad więźniami długoterminowymi. Ale równolegle pozostaje wojownikiem o prawa człowieka – mówi Maria Ejchart-Dubois i opowiada, jak podczas pierwszych wspólnych wizyt w więzieniach pouczał ją, że musi na wszystko zwracać uwagę, wszystko zapisywać jak najszybciej i że nie ma nieważnych detali. – Zwraca uwagę na takie szczegóły, o których nikt inny by nie pomyślał. Czytając wyroki sądów, ma nie tylko podliczoną liczbę stron każdego z nich, ale nawet liczbę słów, pilnie zwraca uwagę na słownictwo używane w uzasadnieniach. Ze wszystkiego wyciąga wnioski – dodaje prawniczka.

Z podziemnym Komitetem Helsińskim dokumentującym ogromną liczbę naruszeń praw i wolności człowieka związał się już w 1983 r., w efekcie dla Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) napisał raport o przestrzeganiu praw człowieka w polskich więzieniach. Naturalne więc było, że w latach 90. znalazł się wśród współtwórców Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Wtedy już jego życie zawodowe toczyło się na kilku torach równolegle: naukowca, działacza praw człowieka, autora nowych rozwiązań prawnych, a także ojca. Starsza córka Róża rodzi się Rzeplińskim jeszcze w latach 70., młodsza Maja w połowie lat 80. – Ma wspaniałą rodzinę. Jego żona profesor Irena Rzeplińska też jest uznanym prawnikiem i działaczem praw człowieka, w Fundacji Helsińskiej była założycielką i opiekunem programu pomocy prawnej dla uchodźców i migrantów – dodaje Ejchart-Dubois.

Od lat 90. Rzepliński zaczął też coraz bardziej angażować się w życie publiczne. Nie tylko jako komentator i legislator. – Jest diablo ambitny. Świetnie zorganizowany, ale raczej skupiony na własnej pracy, a nie na całym zespole. Ale te ambicje wcale nie było mu prosto zrealizować. Kilka razy był blisko ważnych funkcji państwowych i ciągle coś nie wychodziło – opowiada jego kolega. Był brany pod uwagę jako kandydat na pierwszego szefa IPN. Ostatecznie wygrał Leon Kieres, ale Rzepliński został jego doradcą i to doradcą kontrowersyjnym, który na przykład opowiadał się za tym, by opublikować listę Wildsteina na stronach instytutu.

Jego kandydaturę rozważano też do pełnienia funkcji pierwszego inspektora ochrony danych osobowych. Ale najbliżej był innego stanowiska – rzecznika praw obywatelskich w 2005 r. – To była bardzo naturalna ścieżka w związku z jego dokonaniami dla praw człowieka i przez Sejm jego kandydatura przeszła bez problemu. Niestety, z powodu politycznych rozgrywek została odrzucona w Senacie – wspomina Stępień.

– Ta jego pewność siebie pogrzebała te szanse. Zapomniał, że tu trzeba zawalczyć o poparcie i nie pracował, nie spotykał się z senatorami, starając przekonać do swojej kandydatury. Był już tak pewny swojej wygranej, że podczas jednego z przyjęć dla znajomych u siebie w domu otworzył szampana i polewał go trochę jak na Formule 1 – wspomina kolega.

Tym większe było zaskoczenie, gdy Senat stosunkiem 52 do 24 głosów odrzucił jego kandydaturę. Co ciekawe, wśród posłów, którzy wcześniej na niego głosowali, z PiS poparły go trzy osoby: Kazimierz Marcinkiewicz, Mariusz Kamiński i Jarosław Kaczyński.

Wtedy zabrakło mu politycznego wyczucia. – Bo on jest chyba za bardzo konsekwentny w swoich poglądach. Jest ich tak pewien, że nie ma w jego przypadku możliwości jakiegoś lawirowania, dostosowywania się, koniunkturalizmu. A to jest cecha, która polityczne działania bardzo utrudnia – ocenia pracownica TK.

Nosorożec

Tak właśnie o nim mówi jeden ze współpracowników. Skoro ma te swoje poglądy, to ich się trzyma i ich broni. Bezkompromisowo. Nie bacząc na nic. Idzie do przodu jak nosorożec.

Ale jednocześnie ma pewne ambicje pchające go w kierunku wyróżnień i działań. Tak było z tym przyjętym, już gdy był prezesem trybunału, Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, czyli odznaczeniem przyznanym przez papieża Franciszka w 2015 r. Dla Rzeplińskiego przyjęcie tego wyróżnienia – szczególnie że jest bardzo wierzący – było oczywistością. Inaczej widziało to jednak jego własne środowisko. Profesor Wiktor Osiatyński, z którym Rzepliński wiele lat współpracował w HFPC, wręcz grzmiał: – Zarówno przyznanie urzędującemu prezesowi trybunału papieskiego odznaczenia, jak i jego przyjęcie przez prezesa Rzeplińskiego, są najbardziej rażącym i niebezpiecznym złamaniem zasady bezstronności w stosunkach państwo – Kościół – i dodał, że jego zdaniem Rzepliński powinien ustąpić ze stanowiska. – Gdyby był na emeryturze, mógłby przyjąć takie odznaczenie. A w tej sytuacji w bardzo wielkiej liczbie spraw dotyczących choćby wolności religijnej czy reprywatyzacji mienia kościelnego, adwokaci będą mieli bardzo silną podstawę, by wnioskować o wyłączenie go ze składu orzekającego. Rzepliński zrobił coś, co podaje w wątpliwość jego obiektywizm – wyjaśniał wtedy konstytucjonalista.

Emocje – niekoniecznie pozytywne i przy tym nie tylko ze strony PiS – wzbudza wciąż to, że skierowany w lipcu 2013 r. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego do Sejmu projekt nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym przygotował sam Rzepliński. Właśnie ten fakt jest jednym z argumentów wytaczanych w wojnie o trybunał, jaka toczy się od roku.

Po przeprowadzeniu w sierpniu 2013 r. pierwszego czytania prace nad projektem zamierają na ponad półtora roku. Dopiero w maju 2015 r. odbywa się trzecie czytanie projektu, po czym ustawa trafia do Senatu. Ten wprowadza kilka poprawek. Wśród nich tę pozwalającą Sejmowi, w którym większość miała koalicja PO-PSL, wybrać aż pięciu sędziów trybunału. Dzięki tej zmianie posłowie będą więc mogli zdecydować o obsadzeniu „swoimi” ludźmi aż 1/5 trybunału.

– Ta nowelizacja nie była wcale w tym momencie konieczna. Nie wiem, czy świadomie, ale jednak „Rzepa” zaplanował zmianę ustawy tak, by zbiegła się z okolicami 30-lecia trybunału i jego z niego odejścia. Czyli trochę tak, by odejść chwale – zauważa jego kolega.

A teraz z tego trybunału odchodzi. – I to jako symbol, tyle że dla każdej ze stron czego innego. Nie wiem, czy o takiej sytuacji, o takich emocjach wokół siebie i wokół tej instytucji marzył. Niewątpliwie jest przed trudnym wyborem. Czy budować kapitał polityczny, czy jednak wrócić tylko do pracy naukowej – uważa dr Marek Dobrowolski.

– Boję się o niego – te słowa powtarzają się w wypowiedziach jego kolegów i współpracowników.

– On potrzebuje pracy, potrzebuje wyzwań. Może żona, profesor Rzeplińska, coś mu jeszcze zorganizuje – śmieje się pracownica trybunału. – Ale nie wierzę, że to będzie spokojna emerytura.