Profesjonalni pełnomocnicy twierdzą, że orzeczenia poszczególnych składów Sądu Najwyższego w podobnych sprawach nie tylko różnią się istotnie, ale wręcz bywają sprzeczne z brzmieniem przepisu, na który sędziowie się powołują. Podziela pan tę opinię?

Tak. Poszczególne składy sędziowskie Sądu Najwyższego chcą wydawać wyroki, dopasowując przepisy do konkretnej rzeczywistości, co często prowadzi do tego, że orzekają wbrew literze prawa. Przykładem sprawa, w której doszło do interpretacji sprzecznej z brzmieniem przepisu, tj. art. 292 kodeksu cywilnego, który stanowi, że zasiedzieć można służebność gruntową tylko w przypadku, gdy polega ona na korzystaniu z trwałego i widocznego urządzenia. Sąd przyjął taką interpretację, że świadomość właściciela dotycząca istnienia rur (np. rurociągu lub gazociągu) wystarcza do zasiedzenia służebności przesyłu, nawet w przypadku gdy są one niewidoczne, czyli nie wystają ponad grunt.

Tymczasem jedną z form obrony przed ustanowieniem służebności przesyłu jest wysuwanie przez przedsiębiorstwa przesyłowe zarzutu zasiedzenia: próbują one udowodnić, że nastąpiło nabycie służebności przesyłu przez zasiedzenie, a w konsekwencji przysługuje im tytuł prawny do zajmowanej nieruchomości. Jeśli chodzi o urządzenia gazowe, sąd wychodzi z założenia, że decydująca jest świadomość właściciela, a nie to, że urządzenia nie są widoczne. Przykładowo w sprawie rurociągu biegnącego pod ziemią, gdy o jego istnieniu świadczą jedynie niewielkie słupki postawione przy drodze poza nieruchomością, Sąd Najwyższy uwzględnia zarzut zasiedzenia służebności przesyłu.

Taka interpretacja powoduje niestabilność prawa. Natomiast praktyka zmierza w tym kierunku, że sędziowie opierają się tylko na stanowisku SN nawet w zwykłych sprawach, choć wiążące są jedynie orzeczenia wpisane do księgi zasad prawnych.

W ten sposób prześlizgnęliśmy się do systemu prawa anglosaskiego, precedensowego.

Praktyka SN powoduje, że składy sędziowskie w sądach powszechnych, oferując wyroki, nie myślą o tym, jakie przyświecały intencje ustawodawcy przy stanowieniu przepisów, lecz szuka się orzeczeń, które pasują do określonej sytuacji. W ten sposób zarówno sądy, jak i profesjonalni pełnomocnicy ułatwiają sobie prowadzenie sprawy. Większość sędziów nie decyduje się na wypracowanie własnej koncepcji, ale opiera się na wywodach SN. Jest wtedy mniejsze ryzyko, że sąd apelacyjny uchyli taki wyrok.

Czy podstawą do apelacji może być tylko to, że SN w podobnej sprawie zajął inne stanowisko?

Wprawdzie nie jest to podstawą do apelacji, ale sędzia rozpoznający apelację może się zasugerować tym stanowiskiem, nie zagłębiając, czy jest ono słuszne. Prowadzi to do niestabilności prawa, bo to Sejm, a nie SN jest od tego, aby zmieniać przepisy. A naginanie przepisu jest praktycznie jego zmianą, bo jest on wówczas inaczej interpretowany.

Sposób interpretacji przepisu wynikał zazwyczaj z komentarza do ustawy. Nawet w tej samej sprawie obie strony zawsze znajdą orzeczenia, które pasują do wyszukanych przez nie argumentów. SN w ten sposób wymusił więc zmianę techniki prowadzenia spraw przez pełnomocników.

Problemem staje się więc odpowiedź na pytanie, czy stosować przepisy prawne tak, jak brzmią, czy też dopasowywać je do sytuacji, by wydawać prawidłowe w mniemaniu sędziów wyroki.

Moim zdaniem wydawanie wyroków, które nie są zgodne z brzmieniem przepisu, pogłębia niestabilność prawa. Gdy przepis nie pasuje do sytuacji, to trzeba wystąpić o nowelizację ustawy, a nie naginać go. To, że stosowana jest taka praktyka, potwierdzają uzasadnienia wyroków. Często czytając tezę orzeczenia, prawnicy dochodzą do wniosku, że odbiega ona od przepisu, a dopiero z uzasadnienia wynika, jaką sąd stworzył karkołomną konstrukcję.