Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do narodu. Tak przynajmniej mówi konstytucja. Mówi też, że naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. Tyle ustawa zasadnicza. Kłopot w tym, że w nowoczesnych demokracjach coraz częściej zaczyna obowiązywać zasada – znana skądinąd z innych, powszechnie pogardzanych dziś systemów politycznych – że naród chce tego, czego chce akurat rządząca partia lub koalicja.
Obywatele są jedynie od tego, by wrzucać do urn kartki z głosami. Później naród powinien słuchać, a nie wymagać, bo albo nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest dla niego dobre, albo też jest za głupi na to, by wiedzieć, jak powinien wyglądać otaczający go świat.
Dziś w wyborczych programach nie mówi się nam już, co konkretnie przedstawiciele narodu zrobią dla niego, gdy ten odda na nich swoje głosy. A to, co w programach się znajduje, często nijak ma się do tego, czym obywatele są później uszczęśliwiani. I rządzący, i administracja coraz częściej zapominają, że najwyższym suwerenem jest naród, czyli my. Niezależnie od tego, czy mamy lat naście czy dziesiąt.