Jeśli w ustawie o zbiorowym zarządzaniu prawami autorskimi zachowane zostaną ostatnio wprowadzone do projektu postanowienia, spowodują zniszczenie istniejących od kilkudziesięciu lat struktur rynkowych zarządzających w Polsce prawem autorskim
Odrodzone dzięki czynowi zbrojnemu Józefa Piłsudskiego i zabiegom dyplomatycznym Romana Dmowskiego oraz Ignacego Jana Paderewskiego Państwo Polskie odziedziczyło na byłych obszarach poszczególnych zaborów porządki prawne państw zaborczych, tj. ustawodawstwa niemieckie, austriackie i francusko-rosyjskie. W zakresie prawa autorskiego należały one do najbardziej rozwiniętych, jednak obowiązywanie w jednym państwie kilku różnych systemów było niezwykle uciążliwe. Dlatego za jedno z zadań priorytetowych uznana została ich unifikacja. Już w 1920 roku powołano komisję z zadaniem opracowania projektu prawa autorskiego. Na głównego referenta powołano Fryderyka Zolla, profesora UJ, który niegdyś, jeszcze jako docent, wykładał prawo autorskie na uniwersytecie wiedeńskim. Koreferentem został warszawski adwokat Jan Jakub Litauer. Znamienne było powierzenie całości prac (choć komisja działała w ramach Komisji Kodyfikacyjnej RP) środowisku naukowemu. Prace odbywały się w gronie najwybitniejszych prawników międzywojnia, znakomicie obytych nie tylko z ówczesnym prawem europejskim, w tym państw rozbiorowych, lecz dysponujących także rozległą wiedzą prawnoporównawczą. Prace trwały do początku 1926 r. Był to okres dla odradzającego się państwa szczególnie trudny, zarówno politycznie, jak i gospodarczo. Mimo to twórcy pierwszej rodzimej ustawy autorskiej mieli ambicje stworzenia nowoczesnego prawa autorskiego, zapewniającego twórcom wysoki poziom ochrony. Lektura starannie zebranych i opublikowanych w 1928 r. przez prof. Stanisława Gołąba materiałów z prac nad międzywojennym prawem autorskim budzi najwyższy podziw dla kompetencji i rzeczowości naszej międzywojennej prawniczej elity działającej w trosce o efektywne zabezpieczenie interesów twórców i kultury narodowej.
Nasza pierwsza ustawa nie była kompilacją współczesnych jej ustawodawstw. Czerpano z doświadczeń innych państw. Tworzono jednak ustawę nie tylko nowoczesną, lecz w wielu kwestiach – zarówno konstrukcyjnych, jak i dotyczących treści uprawnień – także nowatorską w stosunku do ówczesnych regulacji. Znalazło to wyraz przede wszystkim w konstrukcji treści prawa autorskiego, definicji utworu, ujęciu czasu majątkowej ochrony praw twórcy. Po raz pierwszy ustawowo uregulowano status utworu jako ustalonego w jakiejkolwiek postaci dobra duchowego, niematerialnego, stanowiącego emanację wyobraźni twórcy, a jednocześnie będącego kontynuacją i składnikiem dorobku kultury, w tym narodowej. Znalazło to szczególny wyraz w ustanowieniu ochrony utworu w zakresie autorskich dóbr osobistych, ujętych syntetycznie, nieprzenoszalnych, trwających bezterminowo i po śmierci wykonywanych przez bliskich zmarłemu twórcy. Nadto ochrona ta ujęta została uniwersalnie, mianowicie niezależnie od powstania i trwania autorskich praw majątkowych do utworu.
Reklama
Wkrótce po uchwaleniu nasza ustawa autorska zyskała sobie wysokie oceny w świecie. W gremiach przygotowujących rzymską redakcję Konwencji Berneńskiej z 1928 r. uznano za niezbędne zaproszenie naszej delegacji do grona redagującego przepis o ochronie praw osobistych twórcy. Wyróżnienie to spowodowało nawet konflikt dyplomatyczny, ponieważ łączyło się z pominięciem eminentnych osób od kilkudziesięciu lat występujących w takich gronach.
To przypomnienie w stulecie naszej państwowości jest tym bardziej uzasadnione, że najprawdopodobniej w nowe wejdziemy z gruntownie zmienioną – obecnie przygotowywaną – ustawą o zbiorowym zarządzaniu prawami autorskimi, a zmiany w zasadach ochrony praw twórców będą bardzo daleko idące. Niestety, wszystko wskazuje na to, że nie będą one tytułem do chwały, a w każdym razie nie przyczynią się do pełnego zabezpieczenia interesów naszych twórców i kultury narodowej. Jeśli zachowane zostaną ostatnio wprowadzone do projektu tej ustawy postanowienia, spowodują one zniszczenie tradycyjnych, istniejących od kilkudziesięciu lat struktur rynkowych zarządzających w Polsce prawem autorskim.

Reklama
W odróżnieniu od trybu pracy nad międzywojennym projektem ustawy, którego założenia jasno zostały przedstawione w tezach ogłoszonych w 1920 r. przez Fryderyka Zolla i poddanych ocenie przez koreferenta Jana Jakuba Litauera, kierunek obecnie dokonywanych zmian jest, oględnie mówiąc, niezrozumiały. Można zresztą wątpić, czy są one wyrazem przemyślanej polityki kulturalnej. Raczej stanowią wynik nazbyt łatwego ulegania postulatom lobby producencko-dystrybutorskiego. W pracach legislacyjnych przyjęto założenie przygotowywania projektu w cieniu ministerialnych gabinetów.
Podstawowe funkcje skoncentrowano w rękach ministra kultury i dziedzictwa narodowego. To jemu przyznaje się kompetencje do wydawania zezwoleń na zbiorowe zarządzanie, nadzoru nad OZZ, decydowania o nadaniu OZZ statusu reprezentatywności, rozpatrywania odwołań od orzeczeń komisji prawa autorskiego odnośnie do zatwierdzania tabel wynagrodzeń. Nie budzi to sprzeciwu. Minister jest przecież konstytucyjnie właściwy w sprawach kultury i dziedzictwa narodowego. Może i powinien odgrywać rolę regulatora, zwłaszcza wobec oczywistej nierównowagi w relacjach twórców i artystów z producentami i dystrybutorami ich twórczości. Tym ważniejsze jest więc, byśmy poznali zamierzenia ministra w tym zakresie. Jego uprawnienia ustawowe powinny stanowić instrumentarium kształtowania równowagi na rynku i realizowania związanych z tym celów w interesie publicznym. Niestety, zamierzenia ministra nie są znane.
Samo powoływanie się na to, że ogłoszony projekt ustawy ma na celu implementację europejskiej dyrektywy o zbiorowym zarządzaniu, niczego nie wyjaśnia. Z założenia bowiem pozostawia ona duże możliwości zarówno zachowania lokalnej tradycji, jak i wprowadzania celów szczegółowych niesprzecznych z jej zasadami. Początkowo efekty prac ministerialnych poddano „publicznej” dyskusji. Biorę to określenie w cudzysłów, bowiem generalnie trudno tu mówić o jakimkolwiek dialogu. W tzw. rozdzielniku, według którego zwrócono się o uwagi, znalazły się jedynie zainteresowane jednostki organizacyjne. Tekst projektu zamieszczono w internecie, zakreślając miesięczny termin na zgłaszanie uwag – nieproporcjonalny zarówno do skomplikowania i objętości projektu ustawy, jak i czasu, w którym ją przygotowywano. Zignorowano istnienie w Polsce dosyć przecież licznego środowiska naukowego zajmującego się profesjonalnie problematyką prawnoautorską. Mimo to pierwotny projekt został uznany generalnie za przygotowany starannie i nadający się do dalszych prac. Po kilku miesiącach opublikowano jego kolejną wersję. Niestety, większość zgłoszonych uwag krytycznych uznana w niej została za niezasługujące na uwzględnienie – bez podania należycie pogłębionej argumentacji. Kilkanaście dni później opublikowano dalsze zmiany, ponoć mające być efektem międzyresortowych uzgodnień. W ich świetle pozytywna ocena projektu musi się zasadniczo zmienić, bowiem w obecnej postaci projekt jako całość należy uznać za prowadzący do destrukcji rynku zarządzania prawami autorskimi i rażąco niekorzystny dla twórców i artystów, zwłaszcza polskich.
Na projekt ustawy o zbiorowym zarządzaniu składa się ogrom kwestii szczegółowych wymagających publicznej dyskusji mającej zasadnicze znaczenie z punktu widzenia naszego, tzn. polskiego interesu kultury narodowej. A przecież jesteśmy zasadnie dumni z polskiego wkładu w światowy dorobek kultury, zarówno przeszłego, jak i współczesnego. Musimy sobie jednak uświadomić, że nasza rodzima twórczość nie tylko nie jest dominująca, lecz nawet choćby w liczący się sposób obecna na współczesnym rynku autorskim. Stan ten nie pozostaje w jakiejkolwiek zależności z jej rangą. Współcześnie o obecności twórczości na rynku decydują w pierwszym rzędzie interesy wielkich organizmów gospodarczych parających się jej rozpowszechnianiem. To finansowana przez te organizacje reklama, promocja oraz ogromne środki finansowe angażowane w rozpowszechnianie utworów decydują o tym, co jest obecne na rynku, z jaką intensywnością i wokół czego ogniskuje się zainteresowanie publiczności. Jest to zrozumiałe wobec faktu, że rozpowszechnianie twórczości przynosi ogromne korzyści. Z punktu widzenia rozwoju rodzimej kultury i jej oddziaływania na społeczną świadomość Polaków i ich poczucie tożsamości nie są jednak obojętne zarówno obecność polskiej kultury na rynku, w szczególności polskim, jej społeczne oddziaływanie, jak i – co nie mniej ważne – kondycja środowisk twórczych, zwłaszcza profesjonalnych, a więc tych, dla których wynagrodzenia autorskie lub wykonawcze są podstawą egzystencji. Rolą prawa autorskiego jest w szczególności kształtowanie efektywnego, zrównoważonego i transparentnego systemu zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, a zwłaszcza systemu wynagrodzeń autorskich. Dyrektywa o zbiorowym zarządzaniu dostrzega różnice wynikające zarówno z tradycji miejscowych, jak i udziału w rynku autorskim poszczególnych państw, oraz potrzebę szczególnej ochrony repertuaru lokalnego. I właśnie te fundamentalne dla tworów kultury narodowej aspekty projektowanej ustawy zostały w projekcie jej implementacji ujęte wadliwie, bowiem w sposób niezrównoważony wychodzą naprzeciw interesom użytkowników, z oczywistych przyczyn zainteresowanych maksymalną komercjalizacją rynku autorskiego, zwłaszcza ignorującą ekonomiczną przewagę na rynku producentów i dystrybutorów twórczości.
A oto kilka przykładów.
Sprawą fundamentalną w projektowanej ustawie jest definicja organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ). Od kilkudziesięciu lat w Polsce, w odróżnieniu od innych państw, organizacjami tymi były stowarzyszenia twórców lub artystów ustawowo zobligowane do równego traktowania wszystkich uprawnionych. Dyskusyjne były pozycja prawna i obecność w OZZ wydawców. Ich tradycyjna rola ulega zresztą postępującemu rozmyciu w stosunku do pozycji producentów, agentów i dystrybutorów twórczości. Stanowisko Dyrektywy jest tu jasne. Jej zasady przewodnie nie narzucają określonej formy prawnej OZZ. Dopuszczają ich funkcjonowanie w szczególności w postaci stowarzyszeń, spółdzielni, spółek lub nawet fundacji. OZZ mogą zlecać wykonywanie poszczególnych czynności podmiotom gospodarczym, byleby zachowana została równowaga pomiędzy swobodą rozporządzania prawami przez podmioty uprawnione, zwłaszcza w zakresie powierzania praw do zbiorowego zarządzania oraz niekomercyjnego korzystania z twórczości, i zdolnością OZZ do efektywnego i transparentnego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi. Członkostwo w OZZ powinno się opierać na obiektywnych, przejrzystych i niedyskryminujących kryteriach, w szczególności jeśli idzie o udział w zyskach z praw powierzonych OZZ. Dyrektywa dopuszcza różnicowanie kategorii członkostwa, z tym że poszczególne kategorie uprawnionych powinny być reprezentowane w procesie decyzyjnym w sposób sprawiedliwy.
Jak z tego wynika, Dyrektywa pozostawia ustawodawcy krajowemu dosyć szeroki margines swobody i poprzestaje na obowiązku zagwarantowania sprawiedliwej i wyważonej równowagi pomiędzy interesami poszczególnych grup uprawnionych.
Tymczasem ostatnia wersja projektu przyjęła formułę, według której członkiem OZZ może być każdy, komu przysługują prawa autorskie lub pokrewne, lub tytuł do przychodów z tych praw. Może być więc nim każdy nabywca praw, bez względu na rozmiar praw lub tytułu do wynagrodzenia za rozpowszechnianie utworu. Więcej, członkiem mogą zostać także osoby jedynie reprezentujące uprawnionych. Żeby nie było wątpliwości co do pozycji OZZ, art. 13 projektu stanowi, że OZZ niezwłocznie przyjmuje na członków uprawnionych i osoby ich reprezentujące, w tym inne OZZ (także zagraniczne) oraz stowarzyszenia uprawnionych. Członkiem może więc zostać, według swojego życzenia, także kancelaria adwokacka reprezentująca uprawnionych. To wszystko oznacza groźbę całkowitego chaosu. Jedno jest w każdym razie jasne: w świetle przytoczonego zapisu OZZ nie ma żadnego pola manewru, musi takie podmioty przyjąć, i to „niezwłocznie”. Wprawdzie kwestia członkostwa powinna być uregulowana w statucie OZZ, jednak statut musi być zgodny z ustawą, no i koło się zamyka. Zdaję sobie sprawę z tego, że pomysłodawca omawianej regulacji może się zasłaniać Dyrektywą. Tyle że stwarza ona ogólną ramę dla ustawodawców krajowych i pozwala uwzględnić odmienne tradycje istniejące w poszczególnych państwach UE. Należy zatem odróżnić zasady podstawowe wyrażone w Dyrektywie, podlegające implementacji, od obszaru pozostawionego ustawodawcy krajowemu. Pierwotnie przyjęty przez MKiDN projekt tej regulacji uwzględniał możliwości wynikające z Dyrektywy, kierując się polską tradycją realizowania zbiorowego zarządzania w formule stowarzyszenia twórców lub artystów. Sens tego rozwiązania polega na zachowaniu wpływu twórców i artystów na zarządzanie ich prawami przy pełnym respektowaniu praw wszystkich uprawnionych w zakresie realizacji zasad wykonywania tego zarządzania, uwzględniającego równe ich traktowanie oraz pełną przejrzystość w realizowaniu praw. Pierwotnie projektodawca świadomie nie skorzystał z koncepcji, że OZZ może być jedynie podmiotem gospodarczym zarządzającym prawami w imieniu każdego, kto przedstawi jakiekolwiek umocowanie do zarządzanych utworów, choćby był zagraniczną organizacją lub jedynie działał na rzecz uprawnionego. Istota zmiany polega więc na tym, że OZZ przestałaby być organizacją reprezentującą twórców i interes kultury narodowej przy zachowaniu zasady równego traktowania, pełnej przejrzystości zapewniającej wszystkim uprawnionym kontrolę zarządzania ich prawami.
Martwe dusze
Druga istotna zmiana dotyczy kryteriów uznawania OZZ za reprezentatywną. Status reprezentatywności oznacza ustawowe prawo do reprezentacji praw do utworów lub przedmiotów praw pokrewnych niepowierzonych przez uprawnionych żadnej z działających OZZ, w odniesieniu do korzystania z nich objętego ustawową reprezentacją przy uwzględnieniu obowiązku zawarcia umowy lub wypłaty ustawowo zagwarantowanego wynagrodzenia. W konsekwencji kryterium reprezentatywności wyznacza dominującą pozycję na rynku takiej OZZ w stosunku do innych działających na tym samym polu eksploatacji.
Praktycznie kwestia reprezentatywności ma znaczenie w sytuacji, gdy w danym obszarze zbiorowego zarządzania działa więcej niż jedna organizacja. Uznanie przez ministra statusu OZZ reprezentatywnej przesądza wówczas jej wiodącą pozycję w wykonywaniu zbiorowego zarządu w danym zakresie. Jest oczywiste, że o pozycji tej powinien decydować udział repertuaru danej OZZ na danym polu eksploatacji w odniesieniu do danej kategorii dóbr. Wynika on w sposób oczywisty z proporcji pozycji, na które są bieżąco naliczane wynagrodzenia inkasowane przez daną OZZ w poszczególnych okresach rozliczeniowych z tytułu rozpowszechniania powierzonego tej organizacji repertuaru. Każda OZZ dysponuje informacjami, ile z powierzonych jej utworów (artystycznych wykonań) uczestniczy w bieżąco dokonywanej repartycji. Tymczasem w projekcie z uporem (tzn. mimo zgłoszonej krytyki) przyjmuje się, że o reprezentatywności decydować ma nie liczba wykorzystywanych pozycji (utworów, artystycznych wykonań), lecz powierzonych praw do utworów, a więc bez względu na to, czy są one przedmiotem rozpowszechniania, czy nie. Oznacza to, że decydujące znaczenie ma liczba powierzeń także pozycji całkowicie martwych, tzn. nierozpowszechnianych na polskim rynku. Wystarczy więc zawarcie umowy z organizacją dysponującą znacznym pakietem chronionych utworów, stanowiących takie „martwe dusze”, żeby uzyskać status OZZ reprezentatywnej. Czemu to ma służyć, trudno dociec. Komuś jednak ma zapewne służyć.
Przeciw blokowaniu rozstrzygnięć
Kolejnym wymagającym zakwestionowania rozwiązaniem projektu ustawy jest system zatwierdzania tabel wynagrodzeń. Utrzymano ich zatwierdzanie przez komisję prawa autorskiego, a więc wprowadzone nowelą z 2010 roku oczywiście wadliwe, skomplikowane i kosztowne rozwiązanie, które było przyczyną kilkuletniego blokowania zatwierdzania tabel. Istotną zmianą jest powrót w projekcie do pierwotnej koncepcji zatwierdzania tabel przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego zamiast przez sąd w sytuacji nieuzyskania rozstrzygnięcia. Nie jest to jednak rozwiązanie zadowalające. Utrzymuje bowiem konstrukcję wewnętrznie niekonsekwentną i sprzyjającą blokowaniu procesu zatwierdzeń, zwłaszcza przy przyjęciu w projekcie możliwości skierowania przez ministra sprawy do ponownego rozpoznania przez komisję, co umożliwia uchylenie się od rozpoznania sprawy, powodując dalsze przewlekanie zatwierdzeń. Jest to poważne zagrożenie w sytuacji, w której dotychczas wyraźna była tendencja użytkowników do blokowania merytorycznego rozstrzygnięcia spraw.
Nadal podstawowym problemem jest niezależność komisji. Jak dotychczas działałaby ona w ramach zespołów orzekających składających się głównie z radców prawnych lub adwokatów wielkich użytkowników i OZZ. Jest zaskakującym dowodem bezradności projektodawcy, że usunięto z projektu odwołanie do art. 49 k.p.c., czyli przepisu zakazującego udziału w składzie orzekającym osoby związanej ze stroną postępowania. Zastąpienie go generalnym obowiązkiem deklaracji wszystkich kandydatów na arbitrów co do ich powiązań zawodowych stanowi żałosną atrapę gwarancji niezależności. Należy dodać, że art. 49 k.p.c. stanowi zapis rudymentarny, tyle że jego stosowanie do komisji, biorąc pod uwagę tryb jej komponowania, przy zachowaniu parytetu kandydatów wysuwanych przez zainteresowane gremia, a więc składające się z osób z istoty gwarantujących wnioskodawcom co najmniej określony kierunek rozstrzygnięć, jest, oględnie mówiąc, trudne do przyjęcia. Odrzucono natomiast propozycję zastąpienia komisji po prostu przez obowiązkową mediację przed mediatorem ustalonym w ustawowo zakreślonym terminie przez strony lub stałym mediatorem wyznaczonym przez ministra. Mediator taki mógłby mieć ustawowy obowiązek przedstawienia własnej propozycji rozstrzygnięcia i przedstawienia jej stronom z uzasadnieniem w wypadku nieosiągnięcia przez nie polubownego rozwiązania w oznaczonym terminie. W przypadku zgłoszenia przez jedną ze stron zastrzeżeń z żądaniem rozstrzygnięcia zatwierdzenia decyzją ministra propozycja upadałaby, a sprawa podlegałaby rozstrzygnięciu przez ministra. W braku takich zastrzeżeń propozycja mediatora stawałaby się obowiązująca. W ten sposób wyeliminowano by dotychczasowe zjawisko blokowania postępowań przed komisją. Byłby to system prosty, niegenerujący kosztów i przede wszystkim wymuszający przedstawienie przez strony merytorycznych stanowisk co do wysokości wynagrodzeń, które byłyby brane pod uwagę w przypadku podejmowania decyzji o zatwierdzeniu tabeli.
Pozornie drobną kwestią jest zastąpienie dotychczasowej zasady, że zatwierdzone stawki wynagrodzeń autorskich mają charakter semiimperatywny (tzn. stanowią obligatoryjne minimum, natomiast strony mogą negocjować zasady korzystniejsze) zasadą, że stawki powinny mieć charakter wiążący. Motyw tej zmiany jest oczywisty. Umożliwiałoby to uchylanie się od płacenia wynagrodzeń w przypadku braku zatwierdzonej tabeli. Próby przeprowadzenia takiej zasady miały już miejsce i chodzi obecnie o to, żeby uzyskać do tego oparcie w ustawie. Ma to znaczenie wobec tego, że liczba zatwierdzonych tabel jest znikoma, a proces ich zatwierdzania przebiega z wielkimi oporami.
Rażąca jest zasada, według której tabele zatwierdzone na podstawie przepisów obowiązujących do sierpnia 2006 r. stracą moc. Byłoby zrozumiałe uzależnienie utrzymania ich mocy od złożenia wniosku o zatwierdzenie według nowych przepisów. Nie tworzyłoby to szkodliwej luki, z naruszeniem praw przez twórców dobrze nabytych.
Zachowano także w projekcie absurdalny zapis, według którego komisja, ustalając stawki wynagrodzeń, bierze pod uwagę całość obciążeń użytkowników z tytułu praw autorskich i pokrewnych, a więc orzeka w zakresie wykraczającym poza toczące się postępowanie. Nie bardzo wiadomo, w oparciu o jak zgromadzony i zweryfikowany materiał byłyby dokonywane takie ustalenia i na ile miałyby wiązać inne składy orzekające w innych sprawach.
Zawężony obowiązek informowania
Rażące i niezrozumiałe jest przyjęte w projekcie ograniczenie roszczenia informacyjnego w stosunku do rozwiązania przyjętego dotychczas i ugruntowanego w orzecznictwie Sądu Najwyższego. Projekt przewiduje, że informacji można się domagać tylko od użytkownika, a nie od każdego, kto informacją dysponuje. Istotnie ogranicza to weryfikowanie informacji nierzetelnych i przede wszystkim niekompletnych udzielanych przez przeciwnika procesowego. W dotychczasowej 20-letniej praktyce stosowanie roszczenia informacyjnego z art. 105 ust. 2 PrAut skutecznie ułatwiało ściganie naruszeń. Jakie racje przemawiają za tym, żeby ograniczyć jego stosowanie w odniesieniu do zbiorowego zarządzania, a więc właśnie w obszarze, w którym ukrywanie rzeczywistej skali rozpowszechniania występuje najczęściej i jest najtrudniejsze do ścigania? Czemu i komu ta zmiana ma służyć?
Istotne zastrzeżenia budzą także rozwiązania dotyczące rażąco krótkich terminów na wdrożenie nowych zasad do statutów organizacji ubiegających się o zezwolenia na zbiorowe zarządzanie (które przecież wobec obowiązku dostosowania statutów do nowej ustawy musiałyby być wydawane od początku wszystkim OZZ ubiegającym się o ten status, zarówno już działającym, jak i nowym). Określono też rażąco krótkie terminy na wypracowanie strategii pod działaniem nowych przepisów, jak również na zawarcie umów o reprezentację w nowym reżimie, zarówno pomiędzy OZZ, odpowiednimi organizacjami zagranicznymi, jak i z indywidualnymi uprawnionymi lub zarządzającymi ich prawami. Działania te mogą być sensowne jako podejmowane sukcesywnie. Wymaga to o wiele więcej czasu na wdrożenie nowej ustawy, zwłaszcza w sytuacji jej bardzo krótkiego vacatio legis.
Omówione mankamenty mają jedynie charakter przykładowy. Kontrowersyjnych kwestii, o których warto dyskutować, jest w projekcie więcej. Jeżeli jednak miałyby pozostać projektowane zapisy, o których mowa wyżej, analizowanie i formułowanie postulatów w innych sprawach byłoby stratą czasu, gdyż nawet ich pełne uwzględnienie nie uchroniłoby polskiego rynku zbiorowego zarządzania przed destrukcją.
W sumie należy uznać, że nastąpił ogromny regres w pracach nad nową ustawą. Obecny projekt nie nadaje się do przesłania do parlamentu. Wymaga istotnych zmian, a przede wszystkim pogłębionej debaty. Jest ona uzasadniona nie tylko interesem twórców i artystów, lecz także interesem kultury narodowej.
Argumentem za uznaniem obecnego projektu za nadający się do podjęcia na jego podstawie prac parlamentarnych nie może być fakt kilkuletniego opóźnienia w pracach ministerialnych nad projektem ustawy. Doświadczenie uczy, że końcówka takich prac wymaga szczególnej staranności, a czas nie powinien mieć decydującego znaczenia. Zamiast więc forsować przyjęcie obecnego tekstu projektu preferującego interesy wielkich organizacji użytkowników kosztem twórców i artystów oraz prowadzącego do chaosu w realizacji praw autorskich na polskim rynku, należy wynegocjować racjonalny termin na dopracowanie projektu i nadanie mu kształtu, który pozwoli na osiągnięcie rzeczywistej efektywności zbiorowego zarządzania prawami autorskimi zapewniającej równowagę w ochronie praw twórców i artystów oraz kultury narodowej z interesami użytkowników, przy pełnym respektowaniu zasad Dyrektywy.