Sławomir Wikariak, dziennikarz działu prawo

Dużo bardziej niż kłótnia dwóch panów interesuje mnie, dlaczego w ogóle minister komunikuje się ze społeczeństwem za pomocą komercyjnego serwisu internetowego.

Tym bardziej że nie jest w tym osamotniony i nie tylko o Twittera tu chodzi. Rząd, ministerstwa i urzędy wszelkiej maści prowadzą swoje profile na Facebooku, oficjalne materiały są umieszczane na YouTubie.

Administracja nie widzi w tym niczego złego. Jesteśmy nowocześni, chcemy być tam, gdzie są obywatele – przekonuje.

Nie zauważa, że już sama jej obecność oznacza wymierne korzyści dla wybranych, komercyjnych firm. Zachęca bowiem ludzi do zakładania kont, a z tego właśnie żyją serwisy społecznościowe. Czy można wymarzyć sobie lepszą reklamę?

Problem jest jednak dużo poważniejszy, gdyż dotyka neutralności technologicznej państwa.

Zasada ta powinna obowiązywać nie tylko przy tworzeniu dużych systemów informatycznych, lecz także przy tak banalnych, wydawałoby się, sprawach, jak formy komunikacji państwowych urzędników z obywatelami. Po coś chyba stworzono serwisy WWW z końcówką gov.

Oczywiście, nikt nie może zabronić ministrowi posiadania profilu na Twitterze czy Facebooku. Niech tam jednak występuje jako osoba prywatna i np. nie relacjonuje oficjalnej wizyty francuskiego ministra Laurenta Fabiusa. Nawet jeśli ten ostatni sam też ćwierka na Twicie.