Przecież cały Naród skorzystałby na tym rozwiązaniu! Państwo, jako monopolista absolutny, mogłoby wynegocjować z producentami tak niskie stawki za towary, że jedlibyśmy i ubierali się praktycznie za darmo.

Na przykład ze spółdzielnią mleczarską z Mrągowa wynegocjowałoby dostawy masła po 90 gr za kostkę. W swoich sklepach zaś sprzedawałoby ją tylko o 10 groszy drożej – za złotówkę, bo przecież mając 38 mln wiernych jak owczarki niemieckie klientów, nie musiałoby się troszczyć o rzecz tak przyziemną jak wysoka marża.

Zaraz, zaraz... Czy my już kiedyś przez coś podobnego nie przechodziliśmy?

Owszem. I dobrze to pamiętamy. Wtedy wszystko było tanie, bo tego po prostu nie było.

Ale państwo o tym najwyraźniej zapomniało, skoro zaserwowało nam ustawę śmieciową, która najzwyczajniej w świecie jest zamachem na wolny rynek.

Nie życzę sobie, aby gmina decydowała o tym, kto ma odbierać ode mnie worki z pustymi butelkami po whisky (a trochę ich jest), obierkami ziemniaków czy kartonami po mrożonych pierogach. Sam chcę decydować o tym, komu płacę, ile i za co.

Na tym polega wolność – na swobodzie decydowania. No, chyba że ktoś decyduje, że wywali śmiecie do lasu – wtedy mamy do czynienia z wykroczeniem i naruszeniem obowiązujących zasad społecznych. I właśnie tego argumentu użyła władza, tworząc ustawę śmieciową – że wreszcie z lasów, łąk i rowów znikną odpady.

Jeżeli dobrze rozumiem, to żeby zniechęcić tysiąc idiotów do rozsypywania śmieci pod drzewami, władza postanowiła ograniczyć wolność pozostałych 37 999 000.

Zmyślne. Gierek by tego lepiej nie wymyślił.