Skoro bowiem okazało się, że własnymi siłami tegoż ministerstwa nie da się przeprowadzić tak sztandarowej akcji legislacyjnej, jaką jest deregulacja trzystu kilkudziesięciu zawodów, w tym zawodów prawniczych, i że trzeba w tym celu zatrudniać specjalnych doradców z zewnątrz, opłacanych nadto w specjalnym trybie – to oznacza, że właściwie ministerstwo jako takie nie jest potrzebne.

Gdyby przed Ministerstwem Sprawiedliwości postawiono nagle zadanie dokończenia budowy autostrad i dróg ekspresowych, konieczność zatrudnienia specjalistów z zewnątrz byłaby ze wszech miar zrozumiała. Ostatecznie specjaliści od legislacji nie muszą równie dobrze znać się na budowie dróg.

Ale jeśli już okazało się, że specjaliści od pisania ustaw i rozporządzeń nie są w stanie napisać ustawy, która uchylałaby bądź modyfikowała inne, to jest oczywiste, że nie nadają się do niczego.

No, bo jeśli urzędnicy od legislacji i generalnie specjaliści od prawa nie nadają się do legislacji, to jest jasne, że tym bardziej nie nadają się do czegokolwiek innego. Słusznie zatem postanowiono, że należy się ich in gremio pozbyć – to znaczy z całym ministerstwem. Oczywiście nie można tego zrobić od razu – zrobi się to etapami.

Gdyby urzędnicy od legislacji mieli nagle budować drogi, zrozumiałbym, że zatrudniają specjalistów z zewnątrz. Ale do przygotowania ustaw? Nie rozumiem

Dlatego też najpierw pojawił się w ministerstwie specjalny doradca od deregulacji, a z czasem, kiedy okaże się, że potrafi dokonać tego, czego szeregowi urzędniczy zrobić nie potrafili, spokojnie przejdzie się do następnych etapów likwidacyjno-deregulacyjnych. Wszystko potoczy się potem już z górki: adwokatem czy radcą prawnym będzie mógł zostać każdy, rynek wszakże wszystko wyreguluje, więc żaden nadzór nad tymi zawodami nie będzie potrzebny.

Niebawem asesorzy notarialni będą mogli prowadzić własne kancelarie i także udowodnią, że też nie ma potrzeby sprawować nad nimi żadnego nadzoru.

Sędziów i prokuratorów wykształci przecież specjalna szkoła dla sędziów i prokuratorów, a nie po to będzie ich kształcić, by w przyszłości nie zostali sędziami czy prokuratorami. Zasadnie można by zarzucić w przeciwnym wypadku, że wyrzucono pieniądze publiczne w błoto.

Przez czas jakiś jeszcze ministerstwo będzie potrzebne, by dokończyć te wszystkie deregulacje, a ostatni (czyli minister) zgasi światło. Ostatecznie są państwa, gdzie ministerstwa sprawiedliwości nie ma w ogóle i jakoś tam ludzie żyją – na przykład Węgry.

Doradca, który nie jest członkiem gabinetu ministra, mówiąc już poważnie, ma status niedookreślony. A po to swego czasu uchwalono ustawę o organizacji Rady Ministrów (1996 r.), by było jasne, kto jest kim w rządzie: gdzie kończą się stanowiska polityczne, a zaczynają administracyjne. Wyraźny podział pomiędzy tymi dwoma światami – polityków i urzędników – jest standardem współczesnego państwa prawa.

U nas, zważywszy na kłopoty ze służbą cywilną, jakoś ten standard przyjąć się nie może. I potem dziwimy się, że nie potrafimy budować autostrad albo robimy to za drogo bądź ze skandalicznymi opóźnieniami. To zabawne, kiedy się słyszy czy czyta, że od budowy stadionu narodowego jest polityk. Że to polityk decyduje o tempie budowy autostrad. We współczesnym państwie polityk jest od nadawania kierunku nawie państwowej i od przyjmowania odpowiedzialności politycznej za błędy nie tylko swoje, lecz także administracji. Jednak od tego, w jakim tempie wiosłować, czy już wystawić żagiel, są właśnie urzędnicy.

Nie potrafiliśmy dotąd zbudować urzędnikom państwowym odpowiedniej pozycji zawodowej, nie mówiąc już o społecznej, a bez etosu służby publicznej, także w przestrzeni urzędniczej, nie da się skutecznie rządzić. Wszystko więc wskazuje na to, że nadal będziemy dryfować i przejadać to, co w poprzednich latach udało się zaoszczędzić.

Jerzy Stępień, prawnik były prezes Trybunału Konstytucyjnego