Oto komendanci straży miejskich największych polskich miast, za przyzwoleniem samorządowców, forsują pomysł, by straż w miastach powyżej 150 tys. mieszkańców przekształcić w policję municypalną.

Wyposażoną w broń palną, z prawem do prowadzenia obserwacji, przeprowadzania kontroli osobistych, z dostępem do baz danych o ściganych. Innymi słowy: policjanci jak się patrzy, tylko z jakimś dopiskiem malutkimi literkami.

Rozumiem, że komendantom pomysł się podoba, w końcu który facet nie chciałby móc chodzić ze spluwą po ulicach.

Rozumiem, że podoba się samorządowcom, bo po co łożyć miliony na niepopularnych wśród mieszkańców strażników, których głównym zajęciem jest pogoń za babinkami handlującymi w miejscach niedozwolonych i czatowanie na kierowców, którzy za długo gmerają przy parkometrach.

Można przecież zmienić nazwę, dać dodatkowe uprawnienia i ogłosić, że teraz będzie na ulicach bezpieczniej. W końcu na policję mieszkańcy narzekają równie często jak na straż miejską.

Bo że bezpieczniej będzie, wątpliwości nie mam. Strażnik miejski (przepraszam: policjant municypalny) będzie mógł nie tylko gonić babinkę, ale i powalić ją na glebę. Kierowcy nie tylko włoży za szybę mandat, lecz także pogrozi pistoletem, by dobrze przewinienie swoje zrozumiał.

A jak krnąbrny będzie, to mu się kontrolę osobistą zrobi. W samochodzie. A co?

Jeśli ktoś łudzi się, że będzie inaczej, przypominam słowa jednego z komendantów: „Celem zmian nie jest zastąpienie policji w wykonywaniu zadań na rzecz bezpieczeństwa”.

To jest właśnie grecka kuracja. Efekt z góry wiadomy, ale co sobie postrzelamy, to nasze.