Barbara Kasprzycka, kierownik działu prawo

Ordnung to i moja słabość, ale wolałabym, żeby ustawodawca – zanim zacznie wymagać go od obywateli – zajął się porządkiem we własnym ogródku. Bo chyba zbyt wziął sobie do serca biblijną zasadę, by lewa ręka nie wiedziała o tym, co czyni prawa.

Od miesiąca w przestrzeni publicznej nie przestaje się przecież mówić o sztandarowym projekcie deregulacji zawodów. Od początku też wiadomo, że na liście profesji, których wykonywanie nie będzie już wymagało licencji, znajdą się taksówkarze.

Zanim to się jednak ziści, 7 kwietnia dzisiejsi przewoźnicy będą musieli zakończyć działalność, a wkrótce pod obrady Sejmu trafi projekt nowelizujący ustawę, która ich do tego zmusiła. Kto wie?

Może nim deregulacja stanie się faktem, politycy znowelizują tamtą nowelę jeszcze kilka razy? Opracują pomysły, poddadzą do analizy, obliczą skutki, wydrukują, przedyskutują, przegłosują, przyklepią – i poczują, że żyją.

Jeśli nie robią tego dla frajdy, to po co? Czy głosząc słuszne postulaty otwierania zawodów muszą je dziś zamykać, żeby potem mieć lepsze entrée?