Podczas expose grzmiał z mównicy sejmowej, że reformy nie ominą nikogo. Ani razu nie zająknął się jednak o konieczności drastycznego odchudzenia administracji, likwidacji Senatu, zmniejszeniu liczby posłów czy walce z przerostem agencji rządowych. Zupełnie jakby reformy nie potrzebowały ani władza wykonawcza, ani ustawodawcza. To dziwi, zwłaszcza że jeszcze nie tak dawno Donald Tusk był gorącym orędownikiem takich przemian. Nie zapomniał za to premier o ostatniej z władz, czyli władzy sądowniczej. I zapowiedział zmiany dotyczące uprawnień wynikających ze stanu spoczynku sędziów. Nie wiadomo, ile (i czy w ogóle) budżet państwa na tym zyska. Wiadomo natomiast, że nie zachęci najlepszych adeptów prawa do włożenia togi z fioletowym żabotem.

Środowisko sędziowskie już od dłuższego czasu poddawane jest wstrząsom – a to prezesom sądów uszczupla się władzę, a to gwarantuje się sędziom niezależny od kaprysów rządu system wynagrodzeń po to tylko, by za chwilę go zawiesić.

Należy zgodzić się z premierem, że czasy są trudne. Nie od dziś także wiadomo, że sądownictwo wymaga reform. W imię walki z kryzysem nie można jednak podkopywać fundamentów państwa. Jeżeli szukamy oszczędności i obcinamy przywileje, to szukajmy i obcinajmy we wszystkich trzech filarach, a nie tylko w tym jednym, który ma najmniejsze wpływy na Wiejskiej. Tylko wtedy będziemy w stanie zachować gwarantowaną przez konstytucję równowagę.