Każdy urzędnik ma prawo teraz stwierdzić, że ujawnienie dowolnej informacji może np. osłabić zdolności negocjacyjne państwa albo utrudnić ochronę jego interesów majątkowych. I kto mu udowodni, że jest inaczej? W Polsce nie ma niezależnego organu, który nadzorowałby dostęp do informacji. Poskarżyć się w sądzie? Jasne, pod warunkiem że ma się czas, aby czekać na wyrok trzy lata.

Żadna władza nie lubi, kiedy jej się patrzy na ręce. Tyle że w krajach, które mienią się demokratycznymi, tę naturalną niechęć prominentów do bycia kontrolowanym zneutralizowano przepisami gwarantującymi obywatelom, że w każdym momencie mogą powiedzieć: „sprawdzam”. Ale nie w Polsce – że wspomnę prof. Balcerowicza odesłanego z kwitkiem spod drzwi prezydenckiej kancelarii, kiedy chciał wglądu do raportu, na podstawie którego Bronisław Komorowski podpisał ustawę o ograniczeniach w OFE. Według raportu OECD nasz kraj nad Wisłą należy do dwóch najbardziej restrykcyjnych pod względem dostępu do informacji publicznej w grupie. Teraz – obym była złym prorokiem – będziemy mogli sobie podać ręce z naszymi białoruskimi braćmi.

Ale czas rozwiązać zagadkę. Cytowanym klasykiem był nie kto inny, jak sam premier Donald Tusk. Poprawka, która pozwoli na ukrycie każdego matactwa władzy, przeszła głosami Platformy Obywatelskiej i jej koalicjanta. Dziewięciu posłów PO wstrzymało się od głosu.