Wszyscy pamiętamy scenę z filmu „Miś”, w której to pani w okienku pocztowym stwierdza, że nie ma takiego miasta jak Londyn. I zapewne każdy z nas przynajmniej raz czuł się na poczcie jak bohater scenariusza filmowego (Bareja wiecznie żywy!). Żarty jednak się kończą, kiedy zagubioną przesyłką okazuje się pozew lub wyrok, a my przegrywamy spór przez niefrasobliwego listonosza.

Pisma sądowe traktowane są przez pocztę tak samo jak każde inne. Listonosz nie patrzy, kto nadał przesyłkę. Najczęściej nie fatygując się do drzwi mieszkania, zostawia w skrzynce awizo. I bez mrugnięcia okiem wpisuje na nim, że nie zastał adresata w domu. Nawet jeżeli ten już od dawna pod adresem wskazanym na kopercie nie mieszka. I w ten sposób wydaje wyrok na niczego nieświadomego człowieka. Do sądu dociera informacja zwrotna, że pismo nie zostało odebrane w terminie. A skoro pozwany nie dba o własne sprawy, to proces będzie się toczył bez niego. Bez jego udziału zapadnie wyrok, nadana zostanie klauzula wykonalności, a komornik rozpocznie egzekucję. Wszytko to bez wiedzy i winy pozwanego. Za to wskutek niestaranności listonosza.

Dlatego listonoszom należy odebrać władzę, jaką sprawują nad losami procesów sądowych. Można to zrobić, reaktywując funkcję woźnego sądowego. Jego zadaniem będzie dbanie o to, aby pismo trafiło do rąk adresata. A gdy nie zastanie go w domu, będzie musiał ustalić, czy przypadkiem nie przeprowadził się. Skorzystają na tym także sądy, które w 2009 roku wydały aż 252 mln zł na usługi pocztowe. Etaty dla woźnych kosztowałyby dużo mniej.