Europa nie mogła stać bezczynnie. Musiała rozwiązać imigracyjny problem. Wprowadziła więc konwencję dublińską (obowiązują od 1997 r.). Zgodne z nią imigranci są zawracani do kraju, przez którego zewnętrzną granicę przedostali się na teren UE. Państwo peryferyjne nie ma co prawda obowiązku udzielenia im azylu, ale musi rozpatrzeć ich wniosek azylowy.

Nowe zasady nie są na rękę zarówno uchodźcom, jak i państwom ościennym. Uchodźcy walczą z nimi, zacierając wszelkie ślady wskazujące na kraj, poprzez który dostali się do Schengen. Dzięki temu schwytani gdzieś we Francji nie zostaną zawróceni np. do Polski. Ale wrogami nowego porządku są też państwa peryferyjne Schengen, które pozostawiono same z problemem uchodźców. Mogą rozpatrywać wnioski azylowe albo skorzystać z furtki, jaką daje sam kodeks Schengen.

Ostatni przykład Paryża, który zablokował granicę wobec fali imigrantów, pokazuje, że art. 23 kodeksu Schengen – to przepis wytrych, który niemal w każdej sytuacji pozwala czasowo zawiesić stosowanie układu. Dzięki niemu państwo może w razie poważnego zagrożenia porządku publicznego lub bezpieczeństwa przywrócić granice i kontrole. Ale to awaryjne wyjście już dawno przestało być awaryjne. Stało się powszechną praktyką. Schengen zawieszano ponad 20 razy, a to z powodu międzynarodowych szczytów (G8 czy NATO), mieczów piłki nożnej (mistrzostwa świata, Euro) czy spotkań Basków.

Komisja Europejska ma przykręcić śrubę i już 4 maja wyjaśnić, w jakich nadzwyczajnych okolicznościach kraj członkowski może przywrócić kontrole graniczne. Po konflikcie francusko-włoskim mają wreszcie zostać doprecyzowane warunki stosowania art. 23. Ma być wiadomo, co robić, jeśli kraj nie spełnia obowiązków wynikających z przynależności Schengen albo podejmuje jednostronnie decyzję o zawieszeniu układu.