Dzięki orzeczeniu TK pozwolenia na budowę nie zostaną zastąpione zawiadomieniami o zamiarze jej rozpoczęcia. Bo czyż nie stałby się powszechną praktyką brak reakcji organów administracji na zgłoszenia, czyli udzielanie milczących zgód na rozpoczynanie wszelkich inwestycji? I nie miałoby wówczas znaczenia, czy Iksiński, budując wedle własnych upodobań, szanowałby prawa Igrekowskiego, właściciela sąsiedniej nieruchomości. O tym bowiem, że coś powstaje tuż za płotem, mógłby się nieborak dowiedzieć dopiero po postawieniu murów, bez możliwości zaprotestowania, mimo że inwestycja sąsiada zmniejszyłaby i wartość użytkową, i rynkową jego działki, domu czy mieszkania. Tymczasem zgodnie z obowiązującymi przepisami (teraz prezydent nie będzie mógł podpisać nowelizacji prawa budowlanego) badane jest nie tylko spełnienie formalnych przesłanek przez inwestora, lecz także właściciele sąsiednich nieruchomości mogą skarżyć wydane decyzje instancja po instancji, do sądu administracyjnego włącznie.

Nie będzie też możliwa zgodna z prawem kpina z prawa, którego jedni przestrzegali, a inni broń Boże, bo pewnie było ich zdaniem przed 1995 rokiem niesłuszne. Nie dostaną więc niesubordynowani nagrody w postaci legalizacji samowoli budowlanej sprzed piętnastu i więcej lat.

I to, że dotychczasowe regulacje nie są ani idealne ani zawsze przestrzegane, nie może stanowić dowodu na to, że gorsze prawo będzie lepsze. Nie jest też wystarczającym argumentem, że deregulacja wszystkiego, co się da, to nie tylko najnowsza moda, lecz także trend legislacyjny. Bo byłby on godzien najwyższej pochwały, gdyby burzeniem sytemu prawa rządził zdrowy rozsądek, a nie chęć przypodobania się szerokiej publiczności przed wyborami i – co tu dużo gadać – potrzeba zrobienia dobrze sobie oraz kolegom, którzy np. nie zdążyli się jeszcze wybudować. Wszak nawet najzajadlejsi liberałowie wiedzą, że granicą wolności wywijania pięścią przez jednego musi być święte prawo zachowania w całości nosa drugiego. Nie bez znaczenia jest też nagradzanie szacunku dla powszechnie obowiązujących norm, a nie łamania ich. Więc? Mniej państwa w państwie to niestety często podobna sytuacja do mniejszej zawartości cukru w cukrze. A argument, że cukrzycę trzeba zwalczać, wydaje się w przypadku prawa budowlanego i wielu innych ustaw po prostu nietrafiony.