Sąd Najwyższy zakwestionował w czwartek udział w składach orzekających sędziów wybranych przez nową KRS. Ale jak zaznaczył, zasada ta nie działa wstecz. „Nienależyta obsada albo sprzeczność z przepisami prawa zachodzi, gdy w składzie sądu bierze udział osoba wskazana przez nową KRS” – tak brzmiał najważniejszy fragment uchwały.
ikona lupy />
Magazyn. 24 stycznia 2020. Okładka / Dziennik Gazeta Prawna
– Chodzi o to, by na przyszłość od dzisiejszego dnia, gdy dojdzie do wydania orzeczenia, istniał mechanizm sprawdzenia, czy to orzeczenie na pewno może zapaść w takich warunkach, że może być sprawiedliwe. Sądy, które przestają być sądami niezależnymi i bezstronnymi, nie wiadomo, po co są – uzasadniał uchwałę Włodzimierz Wróbel, sędzia sprawozdawca. Nie dotyczy ona jednak orzeczeń, które zapadły przed wczorajszym rozstrzygnięciem SN – co zapobiegnie wywróceniu wyroków, w których wydaniu brali udział sędziowie wskazani przez nową KRS. Sędzia Wróbel przyznał, że nie ma złudzeń, iż uchwałą SN da się zlikwidować zamieszanie i niepewność, wywołane przez zmianę sposobu powoływania członków Krajowej Rady Sądownictwa. – Możemy jedynie próbować kontrolować chaos – tłumaczył sędzia. I dodał, że obecną sytuację może naprawić tylko ustawodawca.
ikona lupy />
DGP
Za przyjęciem takiego rozstrzygnięcia przemawiało według SN przede wszystkim to, że obecna KRS nie jest niezależna. – Organ, który miał gwarantować pozapartyjny dobór sędziów, został zepsuty, dziś nie mamy pewności, kto został sędzią, czy to ci najlepsi z najlepszych. A próby weryfikacji tego mechanizmu kończą się represjami – podkreślał Wróbel. Jednocześnie zaznaczył, że taka kontrola jest konieczna, bo wymaga jej od nas unijny Trybunał Sprawiedliwości. – Musimy to robić, jeżeli chcemy być w UE – mówił sędzia sprawozdawca.
Rozstrzygnięcie SN ma bezpośrednie konsekwencje tylko dla Izby Dyscyplinarnej SN. Uznano bowiem, że nie jest ona sądem, a w związku z tym całe jej orzecznictwo – nawet wyroki, które zapadły przed czwartkową uchwałą – nadaje się do kosza.
Obóz rządzący wyraził oburzenie decyzją SN, bo podważa ona udział sędziów wskazanych przez nową KRS w składach orzekających i praktycznie wygasza Izbę Dyscyplinarną. Ministerstwo Sprawiedliwości błyskawicznie wydało komunikat, że uchwała jest z mocy prawa nieważna i jako taka nie wywołuje skutków prawnych. Podobne stanowisko zajęła kancelaria prezydenta Andrzeja Dudy. – Sąd Najwyższy nie jest uprawniony do wypowiadania się, gdy toczy się spór kompetencyjny przed Trybunałem Konstytucyjnym. To ewidentne naruszenie przepisów ustawy – mówi DGP Paweł Mucha, prezydencki minister.
SN nie podzielił tych zastrzeżeń, uznając, że nie pozostaje w żadnym sporze kompetencyjnym. Podkreślił, że kompetencje SN, Sejmu i prezydenta są zupełnie różne, a on sam jedynie interpretował przepisy prawa. SN zaznaczył też, że uchwała jest próbą wykonania wytycznych zawartych w wyroku TSUE z listopada 2019 r.
Rządzący znaleźli jednak kolejny argument na rzecz swojego stanowiska. Jak podkreśla minister Mucha, nigdy wcześniej nikt nie kwestionował prerogatywy głowy państwa do powoływania sędziów. – Nie da się wykazać, że sędziowie, od których prezydent odebrał orzeczenie, nie mają prawa orzekać. To dla mnie oczywiste. Część sędziów SN de facto opowiedziała się przeciwko przepisom ustawy. Jestem też zszokowany politycznym uzasadnieniem uchwały, czego wyrazem było stwierdzenie sędziego sprawozdawcy, że władze nie potrafią sensownie reformować wymiaru sprawiedliwości – mówi Mucha.
Uchwała SN zapadła na krótko przed przyjęciem przez Sejm tzw. ustawy dyscyplinującej sędziów. Wczoraj prezydencki minister Andrzej Dera potwierdził, że Andrzej Duda ją podpisze.
Jest jeszcze jeden istotny aspekt sprawy, na który zwrócił uwagę sędzia Wróbel. – Uchwała nie jest o sędziach, orzekamy o sądzie – podkreślił. Co oznacza, że czwartkowe orzeczenie nie odnosi się bezpośrednio do statusu sędziów. A to właśnie spór w tej kwestii będzie mieć poważne konsekwencje dla przebiegu zbliżającego się wyboru I prezesa Sądu Najwyższego. Kadencja Małgorzaty Gersdorf kończy się 30 kwietnia. 17 marca ma się zebrać Zgromadzenie Ogólne sędziów SN, aby wskazać jej następcę.
Za kulisami trwa przeciąganie liny. Rozwój wydarzeń zależy przede wszystkim od tego, czy sędziowie SN, nominowani przez nową KRS (wyłonioną przez większość sejmową w poprzedniej kadencji), wezmą udział w Zgromadzeniu Ogólnym.
Istnieją dziś poważne wątpliwości, czy uda się dokonać skutecznego, niekwestionowanego później przez prezydenta, wyboru kandydatów na nowego I prezesa. Trzeba założyć, że zostanie on przeprowadzony już na nowych zasadach, określonych w przyjętej w czwartek ustawie dyscyplinującej. Obecnie w SN orzeka 37 sędziów wskazanych przez nową KRS. Tych „starych”, powołanych przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, jest obecnie 64. Zgodnie z nowymi zasadami w pierwszym etapie procedury konkursowej, aby Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN mogło wyłonić pięciu kandydatów na I prezesa, wymagana będzie obecność aż 84 sędziów. Jeśli nie uda się zgromadzić quorum, wybory wejdą w fazę drugą: wówczas liczba sędziów potrzebnych do podjęcia decyzji spadnie do 75; jeśli procedura znów się nie powiedzie, w trzecim etapie quorum wyniesie już jedynie 32. Oczywiście pozostaje kluczowe pytanie, kogo uważamy za sędziego SN. Dla prezydenta jest jasne, że do tego grona należą też „nowi” sędziowie.
Rysują się więc dwa możliwe scenariusze. Pierwszy to wybory z nowymi sędziami. W takim przypadku udałoby się wskazać pięciu kandydatów. PiS ustawił przepisy tak, by nowi sędziowie mogli zgłosić swoją propozycję, która w założeniu będzie po myśli Andrzeja Dudy. Nie jest przesądzone, że na następcę obecnej I prezes Sądu Najwyższego namaści on kogoś z grona „swoich” sędziów. Można sobie wyobrazić, że prezydent wybiera kandydata, który trafił do SN, jeszcze zanim PiS zaczął wdrażać zmiany w wymiarze sprawiedliwości. Politycznie byłoby to zręczne.
Scenariusz drugi to wyłączenie z procedury wyboru „nowych” sędziów SN przez „starych”. Tłumaczono by to tak, że skoro wyłoniła ich KRS niedająca gwarancji niezależności, to nie mamy do czynienia z prawidłowo powołanymi sędziami. Tak więc ta trzydziestka siódemka nie może brać udziału w Zgromadzeniu Ogólnym. Jednak w takim przypadku trudno sobie wyobrazić, by prezydent uznał wybory kandydatów za zgodne z przepisami prawa. Co wtedy? Nawet jeśli SN w starym składzie wskaże swoje typy, to głowa państwa może odmówić powołania I prezesa SN. Jednak rządzący przygotowali się i na taki wariant. W nowelizacji dyscyplinującej znalazło się bowiem rozwiązanie, zgodnie z którym, jeżeli kandydaci „nie zostali wybrani zgodnie z zasadami określonymi w ustawie, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej niezwłocznie powierza wykonywanie obowiązków Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego wskazanemu przez siebie sędziemu Sądu Najwyższego”. Trudno się spodziewać, że postawi na kogoś z grona „starych” sędziów.
W takim przypadku osoba, której Duda powierzy tymczasowo obowiązki, musi zwołać zgromadzenie (będzie mu też przewodniczyła) w celu wybrania kandydatów na stanowisko I prezesa SN. A to oznacza, że to człowiek prezydenta będzie rozdawał karty. Co istotne, aby zgromadzenie mogło skutecznie wybrać kandydatów w takim trybie, wystarczy, że weźmie w nim udział zaledwie 32 sędziów.
Sprawa sukcesji po Małgorzacie Gersdorf jest jednym z najważniejszych punktów ustawy dyscyplinującej. Co świadczy o tym, że PiS, forsując rozwiązanie, które zapewni prezydentowi Dudzie swobodę w sprawie wyboru następcy prof. Gersdorf, zdecydował się ponieść wszelkie koszty polityczne. Równocześnie w ustawie dyscyplinującej zawarto pakiet przepisów, które miały zagwarantować rządowi i głowie państwa ubiegającej się o reelekcję, że w kwietniu na finiszu kampanii wyborczej nie rozgorzeje wojna sukcesyjna o stery w SN.
Ale nawet gdyby prezydentowi udało się obsadzić to stanowisko „swoim” człowiekiem, można się spodziewać, że walka o władzę w SN się nie skończy. Tutaj bowiem sytuacja jest inna niż w Trybunale Konstytucyjnym, gdzie największe uprawnienia posiada prezes. W SN dużo do powiedzenia mają prezesi kierujący poszczególnymi izbami. Na czele trzech z pięciu z nich stoją obecnie osoby, które uzyskały nominacje sędziowskie, jeszcze zanim PiS wprowadził zmiany w KRS. Kadencje Stanisława Zabłockiego, Dariusza Zawistowskiego oraz Józefa Iwulskiego, kierujących odpowiednio pracą Izby Karnej, Izby Cywilnej oraz Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, kończą się w październiku 2021 r.
Pytanie, czy kwestia ta nie pogłębi sporu między Brukselą a polskim rządem. Przyspieszenie Komisji w sprawie wniosku do TSUE było spowodowane właśnie przedłożeniem ustawy dyscyplinującej, choć formalnie nie mogła być ona tego powodem. Z Brukseli słychać zapowiedzi, że wejście w życie kontrowersyjnych przepisów może doprowadzić do wszczęcia następnej procedury antynaruszeniowej i nowego wniosku do TSUE.
Kolejny raz w ciągu ostatnich lat sprawy wymiaru sprawiedliwości wyznaczają oś więc tempo wydarzeń politycznych i oś konfliktu między rządzącymi a opozycją. PiS jest zdeterminowany, by zmiany wprowadzić. Politycy tej formacji zgodnie mówią, że się nie cofną. Czy jednak kwestia ta może przyczynić się do wygranej Dudy w pierwszej turze wyborów prezydenckich, czy – przeciwnie – pogrąży jego szanse na reelekcję? Dlatego opozycja stara się pokazać zmiany wprowadzane przez PiS jako groźbę polexitu.
Na pierwszej linii frontu znalazł się w ostatnich dniach sam prezydent. To jego wypowiedzi były najbardziej radykalne i najgłośniejsze. Co pokazuje, że głowa państwa i jej otoczenie nie obawiają się, iż sprawa sądów im zaszkodzi. Duda może czerpać takie przekonanie ze spotkań z wyborcami. Ale dopiero przy wyborczych urnach okaże się, czy są to tematy, które pobudzą wyborców Andrzeja Dudy, czy raczej jego kontrkandydatów.