- Przeprasza się raz, a nie 30 razy. Co miałoby dać powtarzanie takiego oświadczenia przez miesiąc? - mówi Dominika Bychawska-Siniarska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Dominika Bychawska-Siniarska, dyrektor merytoryczna programu Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka / Dziennik Gazeta Prawna
Sąd Okręgowy w Warszawie wydał bezprecedensowy wyrok, nakazując „Super Expressowi” publikowanie przez 30 dni przeprosin na całej pierwszej stronie i zapłatę 150 tys. zł zadośćuczynienia Monice Głodek, żonie prezentera Roberta Janowskiego. Gazeta przed trzema laty pisała, że kobietę zatrzymano w USA za kradzież w sklepie. Co pani sądzi o takim wyroku?
Reklama

Reklama
O ile nie mogę wypowiadać się co do meritum sprawy, gdyż jej nie obserwowaliśmy, o tyle sam wyrok w sposób oczywisty narusza standardy wypracowane w orzecznictwie zarówno Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jak i naszego Sądu Najwyższego. Publikacja przeprosin przez tyle dni na pierwszej stronie dziennika nie jest proporcjonalna do naruszenia dóbr osobistych i trudno mówić, by stanowiła zadośćuczynienie. Raczej można ją traktować jako formę kary czy nawet odwetu. Tymczasem postępowanie cywilne nie ma służyć karaniu, tylko zadośćuczynieniu za doznaną szkodę.
Sponsorowana okładka w SE kosztuje 150 tys. zł. Można łatwo obliczyć, że szkody dla gazety będą milionowe, nie mówiąc już o czytelnikach, którzy mogą oduczyć się kupowania danego tytułu. Tabloidy w końcu żyją z okładek i czytelników, których nimi przyciągną.
Co wynika z orzecznictwa, o którym pani wspomniała?
Jeśli chodzi o Polskę, to warto przypomnieć wyroki w głośnej sprawie Dody i rapera Mieszko, w której sądy nakazały publikację przeprosin na głównej stronie serwisu internetowego, co wiązałoby się z kosztami w wysokości 32 mln zł. Oceniając te wyroki SN dał jednoznaczne wytyczne, że naprawienie szkody powinno być adekwatne do naruszenia i jednocześnie musi odpowiadać realiom ekonomicznym.
Z kolei ETPC w sprawie Tolstoy Miloslavsky przeciwko Wielkiej Brytanii, ale też w kilku innych jednoznacznie wypowiedział się, że zbyt wysokie zadośćuczynienie – co można odnieść także do tego nakazu przeprosin – można przyrównać do sankcji karnej, a ta nie powinna być stosowana w przypadku odpowiedzialności za słowo. Ma bowiem efekt mrożący.
Mrożący, czyli jaki?
Taki, który może sprawić, że dziennikarze będą powstrzymywać się od pisania o tym, co mogłoby powodować komplikacje prawne. Inaczej mówiąc swego rodzaju zastraszenie dziennikarzy prowadzące do autocenzury: wiedząc, że jakiś temat może prowadzić w przyszłości do podobnych sankcji, będą się bali go podjąć. W oczywisty sposób ogranicza to wolność słowa i jest niebezpieczne ze względu na społecznie ważną rolę, jaką sprawuje prasa.
Skoro przeprosiny nie powinny być karą, to jaka jest ich podstawowa funkcja?
Autokorekcyjna. Jest to forma przyznania się do winy i poinformowania odbiorców o tym, że został popełniony błąd. Z punktu widzenia osoby, której dobra osobiste zostały naruszone, przeprosiny mają stanowić próbę odzyskania reputacji i dobrego imienia. Trudno uznać, by przeprosiny nakazane przez warszawski sąd taką funkcję spełniały. Przeprasza się raz, a nie 30 razy. Nie wiem, co miałoby dać powtarzanie przeprosin przez tak długi czas.
Nie bez znaczenia jest także aspekt ekonomiczny. Brak pierwszej strony gazety o charakterze tabloidowym przez 30 dni w sposób znaczący wpłynie na sprzedaż.
Wyobraża sobie pani, by taki wyrok mógł się utrzymać w II instancji?
Nie. Jestem przekonana, że przynajmniej w zakresie przeprosin musi dojść do korekty. Zwłaszcza że sądy odwoławcze coraz częściej odwołują się do standardów wynikających ze strasburskiego orzecznictwa.