Doroczne Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego mogło być świadectwem, że mimo stanu napięcia czy wręcz wojny między TK a rządem czy parlamentem jest możliwość wywieszenia białej flagi i spokojnego przedstawienia swoich racji. Tak mogło być, ale nie było. W poprzednich latach na zgromadzeniu pojawiali się głowa państwa, premier lub jego przedstawiciel oraz prokurator generalny. Wczoraj poza prezydencką prawniczką Anną Surówką-Pasek nie stawił się nikt, kogo można by określić przedstawicielem obozu rządzącego. Nie był to przypadek, ale zamierzona absencja lub, mówiąc wprost, afront pod adresem trybunału.



Polityczny aksjomat prawej strony politycznej sceny, że prezes trybunału Andrzej Rzepliński jest stroną w politycznym sporze, został w ten sposób rozciągnięty na całą instytucję. Instytucję, która bez względu na to, kto w niej zasiada i jakie jest o nim zdanie różnych stron, jest częścią państwa. Logika obecnej władzy prowadzi wprost do podziału na instytucje „nasze” czy „ich”. O ile, co nie jest tajemnicą, politycy często w ten sposób myślą, to opinia sporej części społeczeństwa jest inna. To instytucje polskiego państwa, a nie PiS, Platformy Obywatelskiej, PSL czy Ruchu Kukiza. Dlatego wzajemne okazywanie braku szacunków czy instytucjonalna wojna to na dłuższą metę kopanie dołków pod samym sobą.