- Od początku założyłam, że nie będę robić taniej sensacji i opowiadać o bestialskich komornikach, którzy zabierają płaczącym ludziom krowy - mówi w rozmowie z GazetaPrawna.pl Katarzyna Gryga, prowadząca na antenie TVP Info "Przepis na prawo", łączący się z piątkowym dodatkiem do DGP, „Prawo na co dzień”.

Dla przeciętnego Polaka prawo jest niezrozumiałe, jest go za dużo i jest nudne. Tymczasem „Przepis na prawo” gromadzi przed telewizorami rozsądną widownię. Mało tego, w tym roku masz szansę na otrzymanie Mediatorów, do których nominowali cię młodzi ludzie. Można więc założyć, że podczas twojego programu nikt nie odczuwa znużenia. Skąd ten dysonans?

W Polsce mamy nadkreację prawną, ale gdybyśmy mieli kierować się wyłącznie ilością przepisów, to społeczeństwu wystarczyłoby Dziesięć Przykazań. Pamiętaj, że ten kij ma dwa końce. Czasami ustawy wymagają dopracowania. Na studiach uczono nas, że to sytuacja podobna do tej, która ma miejsce w budownictwie. Kiedy powstaje nowe osiedle wyznaczane są także chodniki, ale potem na okolicznych trawnikach pojawiają się ścieżki, gdzie ludzie faktycznie chodzą. To korelacja wielu zjawisk, więc nie można zrzucić winy za wszystko na legislatora. Rzeczywiście, język prawniczy jest hermetyczny, ponieważ stworzono go dla prawników a opisuje wszystko abstrakcyjnie. Z drugiej strony, ludzie nauczyli się, że w pierwszej kolejności pomocy szukają u wujka Google’a, a nie mając pełnej wiedzy na dany temat łatwo sami tworzą sobie problemy.

I w tym momencie pojawiasz się ty …

Reklama

Kiedy przygotowuję materiały do programu staram się przewidzieć takie sytuacje wcześniej i uświadomić komuś, że może znaleźć się w podobnym położeniu, zanim nastąpi ten etap, na którym sprawą zajmuje się jakiś tabloid i przedstawia czarno-biały świat i płaczących bohaterów.

Dzisiejsze media jednak lubią cudze emocje i czarno-białą moralność. Jak udało ci się przekonać stację do twojego pomysłu?

Reklama

Chodziłam z tym pomysłem przez prawie dwa lata i co chwilę słyszałam, że nikt tego nie będzie oglądać, bo „prawo jest nudne”. A ja uważam, że jest zupełnie inaczej. Prawo jest ciekawe, bo wiąże się z człowiekiem. Przekonanie do tego nie było proste. Przepisy kojarzą się z hermetycznym językiem, a kiedy producenci słyszeli, że na ekranie przez 15 minut będzie ktoś o tym opowiadać, to łapali się za głowę i pytali jak mieliby w ten sposób konkurować z tymi wszystkimi tańcami. A jednak, okazało się, że widzowie potrzebowali takiego programu.

Jak sądzisz, dlaczego widzowie to kupili?

Od początku założyłam, że nie będę robić taniej sensacji i opowiadać o bestialskich komornikach, którzy zabierają płaczącym ludziom krowy. Chciałam zagłębić się w problemy od zabawniejszej strony, bo prawo bywa śmieszne. Nie dlatego, że ktoś zastosował je opacznie, ale dlatego, że sprawa może być absurdalna. Operując taką narracją chwytasz widza. Trzymam się sprawdzonych wzorców Monty Pythona. Jeśli mówimy o sprawach dramatycznych, to niech będzie to śmiech przez łzy. Wtedy zapadnie to odbiorcy w pamięć. Pamiętam temat o udostępnianiu dokumentacji medycznej. Rozmawiałam z rzecznikiem pacjenta i w końcu zapytałam, co w sytuacji, w której przejedzie mnie tramwaj i pogotowie zeskrobie z ulicy. Nie unikam języka potocznego, a widzowie są bardziej świadomi pewnych rzeczy, kiedy opowiada się o nich obrazowo.

A ten komornik to przecież nie hiszpańska Inkwizycja, która pojawia się znikąd…

…tylko na skutek konkretnej sytuacji. Unikam spłyceń, mimo krótkiego czasu antenowego.

Masz pełną kontrolę nad formułą programu?

Zawszę tworzę formaty od początku. Myślę, że prowadzenie programu ma sens tylko wtedy, kiedy jest on napisany i stworzony w całości, przez osobę, która jest na ekranie. Wtedy jest się prawdziwym i widz czuje, że ta osoba z telewizji jest w swoich butach. Nie wyobrażam sobie, abym operowała treścią, którą ktoś mi napisał. Na tej samej zasadzie stworzyłam mainstreamowy "Program do czytania" w TVP 2. W tym przypadku również na początku przerobiłam Golgotę z hasłem "To się nie sprzeda". A jednak sprzedało się, bo widzowie chętnie go oglądają.

Zdarza ci się brać tematy z własnego życia?

Program bardzo wyostrzył mi percepcję. Jestem typem obserwatora. Zdarza się, że piję kawę, a obok słyszę rozmowę i wiem, że można z tego zrobić program. Podobnie myślę podczas zawierania umów. Zawsze wypytuję o każdy przepis, staram się przewidzieć każdą ewentualność. Mam wrażenie, że kiedyś skończę jak jeden z bohaterów „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” i moje zdjęcie będzie wisieć w galerii „Tych klientów nie obsługujemy”. Zresztą, tematy często do mnie wracają, np. podczas zawierania umów z operatorami. To wielostronicowe księgi, napisane maczkiem i tak skonstruowane, żeby nie dało się ich wypowiedzieć. Łatwo się w tym zgubić, a najgorsze jest to, że powinieneś czuć się klientem, a czujesz się petentem. Czasami temat do mnie wraca, a mi zapala się lampka: przecież zajmowałam się tą sprawą kilka miesięcy wcześniej.

Jako pisarka również starasz się podkreślać takie patologie? Twoja książka "Suka", której ekranizacja do kin wejdzie na początku 2016 roku, opowiada o różnych ludzkich problemach.

Irytującym tematem, który chciałam przedstawić w „Suce” była kwestia umów cywilno-prawnych. To kontrakt, który powinien pozwolić ci na samodzielne zarządzanie własnym czasem, bo to największa wartość, a jednak młodzi ludzie zatrudnieni w ten sposób nie dość, że zarabiają mniej, to jeszcze muszą spędzać 8 godzin w pracy. Na początku drogi zawodowej trudno pokochać ten rodzaj umów. Sama to przerobiłam. A przecież można inaczej...

Teraz jako naczelna „Stuff” możesz temu przeciwdziałać osobiście.

I żebyś wiedział, że tak robię. Wygoniłam prawie całą redakcję do domu. Dopóki nie mają ZUS-u i przywilejów, które daje umowa o pracę mogą pracować nawet z Zanzibaru. Nie wnikam w ich czas i rozliczam tylko i wyłącznie zadaniowo. I jeszcze jedno, bardzo niekorzystnie na zespół wpływa praca z różnymi podstawami zatrudnienia. Na przykład etatyści pod koniec miesiąca spychają pracę na tych, którzy co miesiąc podpisują rachunek i muszą rozliczyć się z wypełnionych zadań.

A wracając do dzisiejszej tabloidyzacji, myślisz, że to jedyna droga dla mediów?

Po pierwsze, widz nie jest głupi. On wybiera mądrze i dobrze. Tłumaczenie, że widz czegoś nie zobaczy to wymówka dla tych, którym nie chce się analitycznie i koncepcyjnie podejść do formatu i narracji. Jeśli coś nie zbiera dużej widowni, to widocznie jest po prostu źle napisane, lub zrealizowane. Dobre rzeczy się przyjmują, tylko czasami to trochę trwa.