Budzi skrajne emocje. Ci, którzy go chwalą, mówią o jego braku koniunkturalizmu, silnym poczuciu niezależności. Przeciwne cechy przypisują mu krytycy. Jedno jest pewne – sędzia Łączewski to postać, obok której nie można przejść obojętnie.
-Dlaczego został sędzią? Bo taka osoba ma najlepsze miejsce na sali sądowej, zza sędziowskiego stołu jest najlepszy widok! – śmieje się.
Reklama
Tak naprawdę jednak nie będzie przesadą stwierdzenie, że Wojciech Łączewski sądzenie ma we krwi. Ten zawód wykonywali jego rodzice. Matka orzekała w sprawach cywilnych, ojciec – w karnych. Nic więc dziwnego, że ich syn traktował salę sądową niemal jak drugi dom.

Reklama
Szczególnie utkwiła mi w pamięci sprawa dotycząca płatnego mordercy, pseudonim „Ciolo”. Przewodniczącym składu orzekającego był sędzia z wydziału mojego ojca (dzięki ojcu dostałem wejściówkę na salę rozpraw). Emocje, kiedy to pod eskortą antyterrorystów przywieziono do sądu oskarżonego, nadal są we mnie bardzo żywe – opowiada Łączewski.
Trzy autorytety
To był dla niego moment przełomowy. Wówczas podjął decyzję, że – tak jak ojciec – zostanie karnistą. Ojciec zresztą zawsze był jednym z trzech autorytetów sędziego Łączewskiego. – Drugi to marszałek Piłsudski, a trzeci to gen. Sławomir Petelicki – wymienia sędzia. Ten ostatni także miał swój wkład w kształtowanie przyszłości młodego Łączewskiego.
Generał Petelicki, kiedy się jeszcze wahałem przy wyborze aplikacji, powiedział mi po prostu, żebym poszedł tam, gdzie najlepiej przysłużę się ojczyźnie. No to poszedłem – kwituje Wojciech Łączewski.
To jednak nie było tak, że sędzią chciał być od zawsze.
Tak naprawdę marzył mi się zawód lekarza. Nie udało się jednak, bo przedmioty takie jak chemia czy fizyka, a więc kluczowe na studiach medycznych, w liceum, do którego uczęszczałem, były wykładane na słabym poziomie – opowiada Łączewski.
A jego rodziców najzwyczajniej w świecie nie było stać na opłacanie kilkuletnich korepetycji. Czy żałuje, że nie został lekarzem?
Nie – odpowiada krótko.
I nie ma się co dziwić. Swoimi wyrokami sędzia Łączewski nieraz bowiem już udowodnił, że zawód sędziego to jego powołanie. To prawda, że wydawane przez niego orzeczenia wywołują skrajne emocje. Nikt jednak nie może zaprzeczyć, że wnoszą nową jakość do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Weźmy chociażby ten, w którym nakazał grupie kiboli wykrzykujących antysemickie hasła obejrzeć film „Cud purymowy”.
Uważam, że sąd nie jest tylko po to, aby karać, ale także, a może przede wszystkim, aby wychowywać. I to nie tylko podsądnych, ale wszystkie osoby, które do tego sądu przychodzą – zaznacza sędzia Łączewski.
Wychowywanie obecnych na sali
Takie założenie przyświecało mu od samego początku kariery. Z sentymentem wspomina jednego ze swoich podsądnych, z czasów kiedy orzekał w wydziale dla nieletnich w Sądzie Rejonowym w Janowie Lubelskim. Dzięki staraniom sędziego dziesięcioletni Marcin nauczył się na pamięć całej I księgi „Pana Tadeusza”. – Zajęło mu to co prawda pół roku, ale jaki był z siebie dumy! – opowiada Łączewski.
To przekonanie o wychowawczej roli sądu wpływa również na surowość, jaka czasami przebija z wyroków wydawanych przez sędziego. Najlepszym tego przykładem jest oczywiście kara trzech lat bezwzględnego pozbawienia wolności dla Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA.
W tym przypadku kara musiała być surowa. Inaczej dalibyśmy sygnał, że pewne osoby, ze względu na pełnione przez nie funkcje, mogą działać poza prawem. A to byłoby bardzo niebezpieczne – tłumaczy Łączewski. – I tak oto nie wpuściłem polityki do sali sądowej – kwituje.
Dodaje, że liczy się z tym, iż wyrok może się nie utrzymać w II instancji. Nie robi z tego jednak tragedii. – Nigdy nie orzekałem i nie będę orzekał pod drugą instancję. To nie jest sądzenie. A że będę miał kilka wyroków uchylonych? Świat się nie zawali – wzrusza ramionami Łączewski.
Zresztą sprawia wrażenie, jakby był odporny na wszelkiego rodzaju krytykę. – Uważam, że krytyka pomaga stać mi się lepszym. To wszystko, co się wydarzyło po skazaniu Kamińskiego, jest wpisane w wykonywany przeze mnie zawód – twierdzi.
Nie ukrywa jednak, że nie było przyjemnie otrzymywać listy z pogróżkami czy też własne zdjęcia z dorysowanym celownikiem. – Cóż, taki zawód. Ktoś się modli o moją śmierć, ktoś inny daje na mszę w intencji mojego długiego życia. Bilans wychodzi na zero – śmieje się sędzia.
Denerwuje go jedynie to, że dyskusja, jaka przetoczyła się po wyroku, była kompletnie niemerytoryczna. – Uważam, że o wyrokach sądowych można, a nawet trzeba rozmawiać publicznie. Ale musi to być rozmowa na poziomie. A co to były za argumenty, które podnosili krytykanci? Wszystkie były ad personam i dotyczyły mojej osoby, a przecież wyrok wydał skład trzyosobowy – mówi Łączewski.
Podnoszono m.in. młody wiek sędziego. – Taki argument jest co najmniej śmieszny, jeżeli płynie z ust osoby, która w momencie obejmowania urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego była o trzy lata młodsza niż ja w chwili wydawania wyroku – przypomina sędzia.
A brak doświadczenia? – Ten argument był zupełnie chybiony. Sprawa Kamińskiego była 30. sprawą dotyczącą służb, jaką dane mi było sądzić – wskazuje. I zaznacza, że ogromny wkład w jego wiedzę o służbach ma prof. Adam Taracha z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.
Spokój, bo wróci Łączewski
Sędzia pierwsze kroki w zawodzie stawiał w Sądzie Rejonowym w Janowie Lubelskim. Orzekał w nim jako asesor. Kolejnym szczeblem w karierze było otrzymanie nominacji na sędziego Sądu Rejonowego w Puławach, a dopiero później Łączewski trafił do warszawskiego sądu.
Uważam, że każdy sędzia powinien przejść taką ścieżkę. To bowiem bardzo dobra szkoła – przekonuje. Ocenia, że lata spędzone w mniejszych sądach dały mu bardzo dużo. To tam ukształtował się jako sędzia. – Ponoć jeszcze dziś w SR w Janowie Lubelskim niezdyscyplinowanym podsądnym grozi się, że jak się nie uspokoją, to wróci Łączewski – śmieje się sędzia.
Proces z tamtego okresu, który utkwił mu najbardziej w pamięci? – Dotyczył zawalenia się cyrku w Opolu Lubelskim. Setki poszkodowanych, setki świadków. Prokuratura oskarżyła właściciela cyrku. A oskarżenie opierało się jedynie na twierdzeniu, że nie powinien był dopuścić do postawienia namiotu. Na ławie oskarżonych zasiadł również rzeczoznawca, który potwierdził, że namiot spełnia wymogi techniczne. Koniec końców obaj zostali uniewinnieni – wspomina sędzia. Okazało się bowiem, że to nie wady konstrukcyjne były przyczyną tragedii, ale nawałnica, która wówczas przeszła nad miastem.
Sędzia Łączewski został tegorocznym laureatem Złotego Paragrafu, nagrody przyznawanej najlepszym prawnikom co roku przez Dziennik Gazetę Prawną. – To sędzia odważny, niesztampowy, przełamujący schematy – uzasadniał tę kandydaturę Waldemar Żurek, rzecznik prasowy Krajowej Rady Sądownictwa.