Uchwalonej niemal 23 lata temu ustawie o radiofonii i telewizji bliżej do komputerów pokroju Amigi czy Atari niż do wielordzeniowych procesorów chłodzonych ciekłym azotem.
Dr Eligiusz Krześniak partner w kancelarii Squire Patton Boggs Święcicki Krześniak / Dziennik Gazeta Prawna
Potęga sieci / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
„Internet? Nie, dziękuję, nie jesteśmy zainteresowani” – powiedział Bill Gates w 1993 r. Bill Clinton niewiele później dodawał, że gdy w tym samym roku obejmował urząd prezydenta USA, jedynie eksperci od fizyki słyszeli o World Wide Web.

Reklama
Wśród osób pracujących nad kształtem polskiej regulacji medialnej najwidoczniej fizyków nie było.
– Gdy pracowaliśmy te prawie 25 lat temu nad ustawą, nikt nie myślał o internecie – przyznaje radca prawny Paweł Kuglarz, partner w kancelarii Wolf Theiss, który brał udział w pracach zespołu przygotowującego pierwszą ustawę o radiofonii i telewizji (t.j. Dz.U. z 2011 r. nr 43, poz. 226 ze zm.).
Przez lata przeszła ona wiele modyfikacji, także takich, które miały ją dostosować do zmieniających się realiów technologicznych. Jednak jak przyznają eksperci, niektórych braków nie da się załatać.
– Na początku lat 90. punkt ciężkości był położony na zadbanie o wolne, pluralistyczne media. Stąd też kluczowa rola Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która miała i ma nadal za zadanie stać na straży tego, aby media były wolne i obiektywne – przypomina mec. Kuglarz.
Jego zdaniem nadszedł już czas na zupełnie nową ustawę medialną, której kluczowym zadaniem powinno być nadążenie za potęgą internetu: za faktem, że użytkownik smartfona może docierać ze swoimi informacjami do większej liczby odbiorców niż ogólnopolska stacja telewizyjna.
– W tej kadencji nie ma już na to szans, ale w nowej powinien to być jeden z priorytetów ustawodawcy – mówi Paweł Kuglarz.
Z koniecznością zmian zgadzają się praktycy branży medialnej. Jak bowiem powszechnie się podkreśla, traktowanie internetu i internautów jako nie do końca poważnego źródła informacji staje się reliktem przeszłości. Wystarczy bowiem popatrzeć na kariery niektórych twórców w nim publikujących. Działalność Radosława Kotarskiego, autora internetowej serii „Polimaty”, zwróciła uwagę telewizji oraz czołowych polskich reklamodawców, którzy zaprosili go do współpracy. Łukasz Jakóbiak, prowadzący w internecie program „20 m2 Łukasza”, jest oglądany co tydzień przez kilkaset tysięcy osób. Niedawno gościł u niego prezydent Bronisław Komorowski.
– Łatwość, z jaką można publikować w sieci, jest niewspółmierna do skali i siły oddziaływania internetu jako medium. Internet jest oazą wolności i jest to niewątpliwie jego zaleta, możemy wyrazić siebie w sposób wcześniej niedostępny i dotrzeć do wielu osób bez konieczności wydawania milionów na reklamy – mówi Marcin Żukowski, account manager w agencji Mint Media.
– Jako że jest to medium, które ma olbrzymi wpływ na odbiorców, warto byłoby, aby ustawodawca zadziałał i potraktował internet jako medium o tej samej randze, co telewizja czy radio – dodaje. Jest bowiem coraz mniej powodów, by youtubera (osobę umieszczającą filmy w serwisie YouTube) traktować z większym pobłażaniem niż przedsiębiorcę związanego z rynkiem telewizyjnym. Dla przykładu: przepisy ustawy o radiofonii i telewizji dość restrykcyjnie regulują możliwości sponsoringu audycji oraz lokowania produktów. Internetu takie regulacje dotyczą zaś tylko teoretycznie. W praktyce nikt ich nie egzekwuje.
– Ustawodawca ma tutaj pole do działania, ale nie jest osamotniony, bo od lat nad wprowadzaniem dobrych standardów w polskim internecie pracuje choćby IAB Polska. Sporo z jego dorobku można by przekuć w obowiązujące prawo. Dla dobra wszystkich podmiotów internetowych – wydawców, reklamodawców i, co najważniejsze, odbiorców – przekonuje Marcin Żukowski.

Próba dopasowania ustawy do nowoczesnych technologii spotka się z oporem

Nie jest tajemnicą, że ustawa o radiofonii i telewizji nie jest dostosowana do nowoczesnych technologii. Chyba żeby za dostosowanie uznać używanie w ustawie na tyle ogólnych sformułowań, żeby w razie potrzeby można było pod zakres jej zastosowania podciągnąć wszystko, co nawet pobieżnie jest związane z treściami audiowizualnymi. W praktyce jednak nikt, jak na razie, nie próbuje na poważnie stosować restrykcji z ustawy o radiofonii i telewizji, na przykład w zakresie lokowania produktów, do treści dostępnych jedynie w sieci. A z czysto prawnego punktu widzenia należałoby to robić. Sytuacja, w której ogólny akt prawny reguluje – formalnie przynajmniej – poważny obszar rynku (internet), a jednocześnie zdecydowana większość podmiotów prowadzących tam swoją działalność (blogerzy, youtuberzy) nie stosuje się do jej wymogów, nie jest optymalna. Nie bardzo widzę jednak alternatywę. Próby dopasowania ustawy do nowoczesnych technologii w taki sposób, aby wyraźnie objąć zakresem jej zastosowania nowoczesne technologie, spotka się z oporem podobnym jak przy ACTA. A na wyraźne wyłączenie niektórych przynajmniej treści dostępnych w internecie spod zakresu zastosowania ustawy, co byłoby pewnie najrozsądniejsze, nie będzie zgody. Raz zdobytego pola regulacji biurokracja nie oddaje.