statystyki

Oh, My Lord (Vader). Prof. Łętowska polemizuje z wiceministrem Królikowskim

autor: Ewa Łętowska25.07.2014, 11:55; Aktualizacja: 28.08.2014, 16:36

Wilki ostrzegają przed owcami – grzmi wiceminister sprawiedliwości. Warto ustalić, kto jaką rolę w tej historii rzeczywiście odgrywa - pisze prof. Ewa Łętowska.

Niemcy, których pedantyzm słowotwórczy leży u źródeł ich sukcesów w filozofii i prawie, mają śliczne określenie: „Etikettenschwindel”. Takie szachrajstwo jest bardzo rozpowszechnione. Polega na opatrzeniu nieprawdziwą „nazwą” czegoś lub kogoś. Bo Etikettenschwindel to więcej niż zwykły błąd czy omyłka. Zmiana etykiety ma w ten błąd wprowadzać. Etikettenschwindel jest też podstawą mimikry w przyrodzie, kiedy niegroźne stworzenia upodabniają się do innych, trujących lub niebezpiecznych, aby zmylić napastnika i uchronić się przed napaścią. Albo odwrotnie: ktoś niebezpieczny przybiera postać nieszkodliwą, aby nie wzbudzać obaw. Ot, taka metafora „wilk w owczej skórze”. To właśnie jest Etikettenschwindel. Wilk przebiera się za owcę, aby podejść stado i je zmylić w niecnych (oczywiście) zamiarach. W metodyce toczenia sporów Etikettenschwindel należy do chwytów erystycznych, o których pisałam w poprzednim felietonie („My, naturalne dzieci Schopenhauera”, Prawnik 133/2014). Tematu nie wyczerpałam, zatem dziś dalszy ciąg.

Szachrajstwo oznaczenia można prowadzić m.in. poprzez homonimię: „W celu rozszerzenia twierdzenia na rzecz, która z wyjątkiem identyczności samego wyrazu nie ma nic lub też bardzo mało wspólnego z przedmiotem omawianym, następnie odeprzeć to wspaniale i udać, że się obaliło samo twierdzenie” (A. Schopenhauer, „Erystyka”, Kraków 2010, s. 27). Wtedy jedna strona przedstawiając argumenty (skąd- inąd prawdziwe i trafne), odnosi je nie do tego przedmiotu dyskusji, o którym mówi strona druga. I każda triumfalnie ogłasza klęskę drugiej.

Prof. Andrzej Zoll ubrany w Etikettenschwindel

Przykładów można dać wiele, ale weźmy temat gorący, odmienianą obecnie przez przypadki klauzulę sumienia. Jedni (ja do nich należę) mówią o niej jako o instytucji obowiązującego prawa. A zatem o tym, kiedy i pod jakimi warunkami można nie udzielić skądinąd dozwolonego świadczenia medycznego zgodnie z obowiązującym prawem. Oponenci akcentując termin „sumienie”, co ułatwia przeniesienie dyskusji na poziom zgodności samego prawa z sumieniem, klauzulą sumienia nazywają to, co sami chcieliby w prawie widzieć. To dotyczy podmiotowego zakresu, komu klauzula powinna przysługiwać (inaczej niż obecnie) i jakie mają być (a nie jakie są) jej przesłanki ustanowione przez prawo.

Oczywiście dyskusja może być sensownie toczona na obu płaszczyznach i nic złego (nie wchodzę w to, jak to wpływało na pewność prawa) nie da się powiedzieć np. o stanowisku, że „każdy ma mieć prawo do klauzuli”, rozumianym jako postulat de lege ferenda. Dlatego myślę, że niedźwiedzią przysługę prof. Andrzejowi Zollowi zrobiono, opatrując jego wywiad (w „Gazecie Wyborczej” z 19–20 lipca 2014 r.) tytułem „Każdy ma prawo do klauzuli sumienia”. Bo jemu w wywiadzie idzie o to, że każdy ma mieć takie prawo, a tytuł sugeruje, że ma. Tu rozmówca został ubrany w Etikettenschwindel, choć go sam (w treści tego, co mówił w wywiadzie) – nie popełnia (no może trochę, w krytyce pod adresem wypowiedzi Komitetu Bioetycznego).

Żeby była jasność: wcale nie podzielam poglądów o powszechności klauzuli de lege ferenda, bo widzę w tym zagrożenie dla pewności prawa, obrotu, pełzającą wojnę o „rząd dusz”, czego już doświadczyliśmy i doświadczamy, ale z pewnością nie mogłabym tu w zwalczaniu tych poglądów posłużyć się argumentem o szachrajstwie etykietami.

Ale już taki zarzut postawić można tym, którzy cytując Rezolucję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy nr 1763 z 2010 r., zatrzymują się na pierwszym fragmencie, mówiącym, że „Nikt, szpital lub instytucja nie może być przymuszany, pociągany do odpowiedzialności ani w żaden sposób dyskryminowany z powodu odmowy przeprowadzenia, udzielenia, asystowania lub podporządkowania się wykonaniu aborcji, spowodowania poronienia lub przeprowadzenia eutanazji albo jakiegokolwiek innego czynu, który mógłby spowodować śmierć ludzkiego embrionu lub płodu z jakiejkolwiek przyczyny”. Natomiast zapominają zacytować ciąg dalszy: „potrzeba potwierdzenia prawa do sprzeciwu sumienia razem z odpowiedzialnością państwa za zagwarantowanie pacjentom dostępu do zalegalizowanych świadczeń medycznych bez zbędnej zwłoki”. I opuszczają wyrażenie obawy, że „nieograniczone korzystanie z prawa do sprzeciwu sumienia może szczególnie dotknąć kobiety, zwłaszcza te o niskich dochodach lub żyjące na terenach wiejskich”.


Pozostało 72% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Polecane