Kiedy w czerwcu wychodziliśmy z zamknięcia, w miejscach publicznych towarzyszyły nam liczne obostrzenia. Utrzymująca się dość długo na bardzo niskim poziomie liczba zakażeń sprawiła, że szybko przestaliśmy się przykładać do ich przestrzegania. Z kawiarni zniknęły płyty pleksi, które oddzielały znajomych popijających piwo przy jednym stoliku. W klubach, które pierwotnie miały otworzyć tylko ogródki, maseczki należało jedynie pokazać przy wejściu. Nikt nie wymagał ich noszenia w środku. – Wczesną wiosną pojawiło się nowe zagrożenie, którego nikt nie podważał. Potem nastąpiła habituacja, czyli proces zanikania reakcji na powtarzający się bodziec. Innymi słowy przyzwyczailiśmy się – tłumaczy Anna Cyklińska, psycholożka i inicjatorka projektu „Psychoedu”.
Choć odwołano festiwale i inne duże wydarzenia, wakacyjne weekendy Polacy spędzali, imprezując wśród ludzi. Na silent disco przed Pałacem Kultury i Nauki bawiły się 2 tys. osób, a w mniejszych miejscowościach lokalne dyskoteki przyciągały setki młodych. Gdy jesienią nastąpił drastyczny wzrost zakażeń, nie chcieliśmy oddać tego, co odzyskaliśmy. Nocne życie Warszawy przeniosło się z centrum do znanych nielicznym imprezowni. Choćby do sąsiadującej z wieloma ambasadami modernistycznej rezydencji w willowej dzielnicy, gdzie funkcjonuje tajny klub. W nim bawić się można do rana mimo obowiązujących zakazów.