Najpierw 30 godzin nad kodeksem drogowym. Później 10 godzin na naukę pokonywania tyłem łuku oznaczonego białą farbą. Kolejne 20 godzin to już jazda po mieście. Potem już „tylko” badania lekarskie, średnio trzy powtórki egzaminu (większa dawka stresu niż podczas matury), stanie w kolejkach, mnóstwo straconego czasu i pieniędzy.
Nic dziwnego, że gdy kandydat na kierowcę w końcu trafia do wąskiego grona osób, przy których nazwisku pojawia się słowo „zdał”, nabiera pewności siebie godnej Kubicy. Zdał najtrudniejszy egzamin w swoim życiu. Jest mistrzem kierownicy.
Aż przychodzi rzeczywistość i okazuje się, że nie ma pojęcia, jak hamować silnikiem, jak reagować, gdy przy 100 km/h pęknie opona, czy w którą stronę kręcić kierownicą, gdy auto wpadnie w poślizg. Za to potrafi bezbłędnie wskazać, gdzie znajduje się zbiornik z płynem hamulcowym i zatrzymać auto dokładnie 10 centymetrów od linii na skrzyżowaniu.