Posłowie będą jutro debatować w gabinecie marszałka Sejmu, jakie ustawy uchwalić jeszcze przed do końcem kadencji. Nie mniej ważne jest pytanie, czego posłowie uchwalać nie powinni.
Do takich projektów zaliczyłbym rządową nowelizację ustawy o dostępie do informacji publicznej. Niczym błyskawica wtargnęła ona na szybką ścieżkę legislacyjną, wywołując prawne wątpliwości i postrach. Oto bowiem do ustawy, która powinna ułatwiać dostęp do informacji publicznej, rząd postanowił wprowadzić nowy rodzaj tajemnicy, blokady informacyjnej. Ma ona objąć między innymi opinie, analizy, stanowiska oraz instrukcje w procesie prywatyzacji i komercjalizacji mienia Skarbu Państwa i samorządów terytorialnych. Blokada objęłaby również opinie przygotowywane dla sądów i trybunałów, instrukcje negocjacyjne przy zawieraniu umów międzynarodowych.
Rzecz jasna to czysty przypadek, że tego rodzaju pomysły pojawiły się w rządowym projekcie wkrótce po przegranej przez premiera sprawie w sądzie. Poszło o to, że organizacje pozarządowe chciały poznać szczegóły ustanowienia przez Donalda Tuska tarczy antykorupcyjnej. Jak się okazało, były to życzenia wygórowane dla rządu. Odporność urzędników na proste argumenty zwykłych ludzi była tak duża, że spór zakończył dopiero Naczelny Sąd Administracyjny w postępowaniu kasacyjnym, przyznając rację organizacjom pozarządowym. Gdyby jednak w czasie trwającego sporu obowiązywały rozwiązania prawne, które rząd chce teraz wprowadzić do ustawy, przed sądem tryumfowałby zapewne premier, a nie obywatele.