Długi alimentacyjne wpisane do rejestrów wynosiły w zeszłym roku 2,5 miliarda zł. Nic dziwnego, bo ściganie dłużników alimentacyjnych wygląda dzisiaj jak zabawa w kotka i myszkę.
Niemający zwyczaju dokładać się do utrzymania dzieci ojciec dostaje najpierw sądowy przykaz płacenia alimentów. Wtedy okazuje się, że nawet 300 zł miesięcznie na syna czy córkę to wygórowany podatek. Budowlańcy wolą więc raptem zapomnieć jak się trzyma kielnię, a kierowcom wygodniej siedzieć na fotelu przed telewizorem niż w kabinie ciężarówki. Zadłużenie rośnie, więc ledwo wiążąca koniec z końcem matka zgłasza się do gminy po świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Gmina idzie następnie do komornika, który nie ma z czego ściągnąć nawet złotówki. Gdy dług zaczyna razić urzędników, sprawa trafia do prokuratora. Wtedy alimenciarz rzuca dzieciom na odczepne 50 zł, a śledczy tracą podstawę do oskarżenia go o uporczywe uchylanie się od alimentów. Ci, których nawet nie stać na ten gest, dostają pierwszy wyrok w zawieszeniu, a przy kolejnym trafiają na rok do więzienia. Rzecz jasna nie po to, żeby odpracować dług, ale na wczasy za kratkami, które kosztuje społeczeństwo dodatkowe 2,3 tys. zł miesięcznie.
Błędne koło od lat próbuje przerwać ustawodawca, którzy wyposaża urzędników w coraz to nowszą broń w walce z alimenciarzami. Niestety zamiast rażącej siłą artylerii przypomina ona raczej pistolet ze ślepą amunicją. Dłużnikom można zabierać prawa jazdy – więc tysiące z nich tracą dokumenty i mają dodatkowe argumenty, by uchylać się przed legalnym zatrudnieniem. Dłużników można przymusowo zarejestrować w urzędzie pracy – jednak o dziwo najczęściej brakuje w nim odpowiednich ofert. Dłużnika można w końcu wpisać na czarną listę, żeby nie dostał kredytu – ale bank przecież nie udzieli kredytu bezrobotnemu. W efekcie liczba dłużników alimentacyjnych utrzymuje się od lat na podobnym poziomie.