Nadzwyczajna podkomisja do spraw dopalaczy za wiodący uznała wczoraj rządowy projekt, który wprowadza definicje dopalacza jako środka zastępczego oraz instytucję tzw. poczekalni dla podejrzanych substancji. Rozwiązania Ministerstwa Zdrowia nie są jednak doskonałe i wciąż budzą wątpliwości posłów.

Zgodnie z proponowanymi przez Ministerstwo Zdrowia przepisami środkiem zastępczym będzie nazywany specyfik, który składa się z substancji syntetycznej i naturalnej, używany do odurzania się i nieuregulowany w innych ustawach. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, iż w przyszłości taka definicja okaże się zbyt ogólna i swym zasięgiem obejmie więcej specyfików niż jest to konieczne. – Bez dodania do definicji takich sformułowań, jak trucizna bądź środek szkodliwy, może się zdarzyć, że sanepid będzie mógł wycofać każdą substancję – postulował poseł Bolesław Piecha. Zgodnie jednak z opinią minister zdrowia Ewy Kopacz za- kres definicji musi być z kolei jak najszerszy, by nowe przepisy były rzeczywiście skuteczne. – Jeśli dodamy określenie szkodliwy, to sanepid zanim wycofa dany dopalacz, będzie musiał udowodnić, iż jest on faktycznie niebezpieczny dla zdrowia – komentował minister Maciej Berek.

Tymczasem projekt opracowany przez Ministerstwo Zdrowia umożliwia tymczasowe zakazanie sprzedaży dopalacza, który jedynie wzbudza podejrzenia inspektora sanitarnego. Chodzi tu o instytucję tzw. poczekalni, czyli ograniczenie lub zakazanie sprzedaży podejrzanego specyfiku w celu dokonania ekspertyzy. Jak się okazało, takie rozwiązanie również nie jest pozbawione wad. Wprowadzenie poczekalni może bowiem narazić państwo na wysokie koszty. Właściciel fun shopu zapłaci bowiem tylko za te badania, które wykażą, iż dopalacz rzeczywiście stanowi zagrożenie dla zdrowia lub życia potencjalnych konsumentów.

Kontrowersyjny projekt, jedynie z redakcyjnymi poprawkami, został skierowany do drugiego czytania w Sejmie. Głosowanie nad nim może się odbyć jeszcze dziś.