W sobotę, kilka godzin po katastrofie w Smoleńsku do Rosji leci specjalny samolot rządowy. Na pokładzie m.in. premier Donald Tusk i wicepremier Waldemar Pawlak. Gdyby tragedia się powtórzyła, nie byłoby komu kierować rządem.
Trudno o bardziej jaskrawy przykład niewyciągania wniosków z tragicznej sytuacji. Dwa lata temu pod Mirosławcem rozbiła się wojskowa CASA. Na jej pokładzie przebywało niemal całe dowództwo Sił Powietrznych RP. Wszyscy zginęli. Szybko Sztab Generalny Wojska Polskiego wydał zarządzenie o zakazie latania dowódców Sił Zbrojnych ze swoimi zastępcami. Był to rozkaz wydany przez gen. Franciszka Gągora, tragicznie zmarłego w sobotniej katastrofie.
Szef sztabu postanowił, że jeżeli na pokładzie samolotu miałoby się znaleźć więcej niż dziesięć osób z kierownictwa armii lub kadry dowództw z co najmniej dwóch rodzajów Sił Zbrojnych, to zgodę na taki lot musi wydać szef Sztabu Generalnego. Na pokładzie Tu-154 było mniej niż 10 generałów. Ale byli to wszyscy dowódcy różnych wojsk: lądowych, powietrznych, specjalnych i morskich. Rozkaz gen. Gągora, o którym mowa, nie zakazywał im wspólnego przemieszczania się jednym samolotem. – Nie ma norm prawnych jednoznacznie zakazujących wspólnego podróżowania dowódców różnych sztabów wojskowych, ale jeśli czujemy, że przepisy w tak ważnej sprawie jak bezpieczeństwo latania nie są do końca precyzyjne, powinniśmy sami szukać w nich logiki, sensu i większej racjonalności – twierdzi Andrzej Ceglarski, adwokat w kancelarii Mamiński i Wspólnicy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.