Będzie to pierwsza w historii UE wzmocniona współpraca, której utworzenie umożliwia Traktat UE. By jednak powstała, nie wystarczy sama grupa państw, które chcą iść dalej w jakiejś dziedzinie. Potrzebna jest zgoda całej Rady UE (czyli wszystkich 27 rządów) podjęta kwalifikowaną większością głosów.

Jak tłumaczyła Reding podczas przesłuchania w Parlamencie Europejskim w styczniu, utworzenie wzmocnionej współpracy jest jedynym wyjściem z patowej sytuacji wobec sprzeciwu Szwecji. Po ponad dwóch latach negocjacji Sztokholm zablokował w 2008 roku porozumienie o unijnym rozporządzeniu w tej sprawie dla całej UE w obawie, że zagrozi ono liberalnym procedurom rozwodowym w Szwecji. A ponieważ chodzi tu o prawo rodzinne, obowiązuje jednomyślność wszystkich państw UE i tej zasady nie zmienił nawet nowy Traktat z Lizbony. Stąd konieczność skorzystania z furtki prawnej wzmocnionej współpracy.

Obecne uregulowania międzynarodowe często nie dają rozchodzącym się małżonkom pewności, jakie prawo zostanie w ich wypadku zastosowane. Tak się dzieje np. w przypadku Hiszpana i Włoszki, którzy pobrali się we Włoszech, ale tuż po ślubie mąż wrócił do pracy w Madrycie. Gdy po dwóch latach para postanowiła się rozstać, nie jest jasne, według jakiego prawa ma to zrobić: włoskiego (bo tam zawarła ślub), czy może hiszpańskiego (tam po ślubie mieszkał mąż).

Nowe zasady ułatwią życie zagranicznym parom, które mieszkają w krajach o restrykcyjnym prawodawstwie rozwodowym. Jednocześnie utrudnią małżonkom "turystykę rozwodową" do krajów, gdzie łatwiej się rozstać. Nie chodzi przy tym o harmonizację prawa rodzinnego w UE. Wzmocniona współpraca nie zmieni istniejących przepisów krajowych, które w UE są bardzo różne. Od restrykcyjnych na Malcie, gdzie rozwody są zakazane, po liberalne w Skandynawii.

Polska nie zadeklarowała zainteresowania wzmocnioną współpracą, a to oznacza, że Polacy nie będą mogli korzystać z ułatwień, które ona wprowadzi. "Polska będzie analizować skutki tej wzmocnionej współpracy" - powiedziały PAP polskie źródła dyplomatyczne.