O tym, po co sędziemu immunitet, naucza się studentów prawa już na samym początku ich przygody z tym kierunkiem. Podkreśla się, że nie ma on chronić samych sędziów, a gwarantować obywatelom prawo do niezależnego sądu. No, ale to przecież tylko „lewackie” gadanie. Nie od dziś przecież wiadomo, że „lewactwo” opanowało wszystkie uczelnie w Polsce. Biorąc jednak pod uwagę zapowiedzi obecnego ministra edukacji i nauki, trend ten już niedługo zostanie odwrócony i przywrócona zostanie odpowiednia równowaga. I dopiero wówczas dowiemy się, jak to tak naprawdę z tym immunitetem jest. A jak już poznamy prawdę sami, jako społeczeństwo, zażądamy usunięcia z porządku prawnego tej szkodliwej instytucji.
Na razie immunitet jest. I trudno się go pozbyć, gdyż, jak na złość, zapisany został w konstytucji (chyba nie muszę przypominać, kto tę konstytucję pisał?!). A to oznacza, że trzeba się trochę nagimnastykować, napracować w pocie czoła, aby można było postawić sędziego przed sądem karnym. To jednak nie zniechęca ani prokuratury, ani głównego rzecznika dyscyplinarnego i jego dwóch zastępców. W ostatnim czasie uwijają się niczym pracowite mróweczki, a ich starania przynoszą już pierwsze spektakularne efekty. Dzięki ich działaniom już niedługo przed sądem karnym stanie dwóch znanych sędziów – Beata Morawiec oraz Igor Tuleya.
Czy będą następni? Nie można tego wykluczyć. Choć można również zaryzykować tezę, że nie będzie już takiej potrzeby, a co najmniej będzie ona występować coraz rzadziej. Sędziowie przecież nie są głupi i dobrze wiedzą, do czego to wszystko, co się obecnie dzieje, ma doprowadzić.
Efekt mrożący. Te dwa słowa są ostatnimi czasy tak często powtarzane, że stały się niemal wyświechtanym frazesem. Mimo to efekt istnieje. Naprawdę. I nie można go bagatelizować. A aby go uzyskać, wcale nie trzeba przechodzić całej żmudnej procedury immunitetowej. Można go osiągnąć, stosując o wiele prostsze metody.
Można np. zażądać kopii akt sprawy na kilka dni przed wydaniem orzeczenia istotnego z punktu widzenia władzy. Coś państwu to przypomina? Bingo! Chodzi o żądanie przez Przemysława Radzika, jednego z dwóch zastępców rzecznika dyscyplinarnego, akt sędziów w sprawie znanego i nietrawionego przez obóz dobrej zmiany adwokata Romana Giertycha. Poznański sąd ma lada chwila rozpoznać zażalenie prokuratury. Tej nie podoba się decyzja sądu o zawieszeniu zastosowanych wobec Giertycha środków zapobiegawczych.
Po co Radzikowi akta tej sprawy? Tego na razie nikt nie wie. Można się jednak spodziewać, że nie po to, aby przedstawić do Orderu Orła Białego sędziów, którzy wydali korzystne dla Giertycha rozstrzygnięcie. Dla każdego, kto choć trochę zna specyfikę pracy sędziów, sygnał jest jasny – sędziowie, którzy będziecie oceniać decyzję waszych kolegów, patrzymy wam na ręce! Nie wiem i nikt tego nie może wiedzieć, czy ci konkretni poznańscy sędziowie poddadzą się efektowi mrożącemu. Ufam, że orzekną zgodnie ze swoją wiedzą, sumieniem i literą prawa.
Ale rozmawiam z wieloma sędziami z całej Polski i z tych rozmów nie wyłania się różowy obraz. Efekt mrożący już działa. Dlatego też, gdy tak przyglądam się temu, co się dzieje, gdy dowiaduję się o kolejnych zarzutach stawianych sędziom, kolejnych wnioskach o uchylenie im immunitetu, żądaniach akt itp., to tak sobie myślę, że reedukacja ministra Czarnka jednak nie będzie konieczna. Każdy racjonalny profesor prawa (nawet ten „lewacki”) musi bowiem przyznać, że w tej chwili nie ma co się rozwodzić nad istotną dla rządów prawa rolą immunitetu sędziowskiego. Trudno przecież stawiać takie tezy w sytuacji, gdy immunitet najzwyczajniej przestał już pełnić swoją funkcję.