Starsi kierowcy – nie z własnej winy – są realnym zagrożeniem. Potrzebujemy niestygmatyzującego systemu weryfikacji ich możliwości za kółkiem.
Łuków. Sobotni poranek godzina 9 rano. Pogoda idealna, zero mgły, deszczu itp. To kwiecień, więc jezdnia jest sucha, nie ma mowy o żadnym szronie. Przez pasy przechodzą cztery nastolatki i nagle w trzy z nich uderza kierowca mitsubishi. Jak tłumaczył później policjantom – zwyczajnie dziewcząt… nie zauważył. Czterech dziewcząt przechodzących przez pasy! Jak można nie dostrzec czterech postaci, które przechodziły przez zebrę w normalnym tempie (nie było mowy o żadnym niespodziewanym wtargnięciu). Okazuje się, że jak się ma 75 lat, to można.
Inny 70-latek wjechał na przejazd kolejowy pomimo włączonych sygnałów świetlnych i dźwiękowych, a nawet opuszczonych rogatek, po czym zderzył się z nadjeżdżającym szynobusem. Kierowcy, o dziwo nic wielkiego się nie stało, ucierpiała za to poważnie czekająca na możliwość przejścia 19-latka (uderzona przez znak drogowy, który skosiło auto seniora po kontakcie z pociągiem).
Reklama
Jeszcze inny senior, który w województwie lubelskim wykonał dziwny manewr, w którego wyniku zderzyły się też dwa inne samochody, również nawet nie zauważył, że obok niego auto dachuje. Był bardzo zdziwiony, gdy usłyszał zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

Reklama
Żadna z tych sytuacji nie była skutkiem jakiejś specjalnej brawury, świadomego lekceważenia przepisów ruchu drogowego czy prowadzeniu na podwójnym gazie. Niestety, starość – czy nam się to podoba, czy nie – ma swoje nieubłagane konsekwencje w postaci pogarszającego się stanu zdrowia, co przekłada się na spowolnienie reakcji na bodźce i obniżeniu sprawności psychofizycznej. Eksperci precyzyjnie wskazują, które funkcje naszych organizmów zaczynają częściej szwankować, i jakby nie patrzeć są one kluczowe w takiej aktywności jak kierowanie pojazdem. Gorzej działa układ nerwowy i pogarsza się wzrok i słuch. Zmienia się nie tylko ostrość, lecz również pole widzenia, pogarsza się percepcja kolorów czy widzenie przestrzenne. Negatywnie na kondycje kierowców wpływają też zażywane leki, a zwłaszcza ich kombinacje. To wszystko powszechnie znane fakty. Fakty, których wielu kierowców – a przede wszystkim decydenci – nie przyjmuje do wiadomości.
Co powinien zrobić tzw. racjonalny ustawodawca? Najprościej byłoby wprowadzić od określonego wieku uzależnienie ważności uprawnień do kierowania pojazdami od wyników badań potwierdzających wystarczający do tego stan zdrowia kierowcy. Obecnie stan zdrowia jest cyklicznie (co pięć lat) weryfikowany tylko w przypadku kierowców zawodowych.
Tego rodzaju uregulowaniu – choć w różnych formach – istnieją w różnych systemach prawnych, zarówno anglosaskich, jak i kontynentalnych, od Portugalii po Japonię. W tej ostatniej osoby po siedemdziesiątce muszą dodatkowo oznaczać swoje pojazdy specjalną naklejką. I nie ma tu mowy o stygmatyzacji, bo odpowiednie naklejki muszą też naklejać kierowcy początkujący, osoby z uszkodzeniami słuchu oraz niepełnosprawne ruchowo. W Wielkiej Brytanii 70-latkowie muszą ponownie zdać egzamin odnawiany potem co trzy lata. W Hiszpanii po ukończeniu 70. roku życia prawo jazdy trzeba odnawiać co dwa lata, a pomiędzy 45. a 70. rokiem życia – co pięć lat.
10 proc. wypadków drogowych w Polsce powodują osoby powyżej 60. roku życia. Z jednej strony oznacza to, że pozostałe 90 proc. powoduje cała reszta młodszych kierowców. Poza tym najbardziej niebezpieczna grupa kierowców, odpowiadająca za 17 proc. wypadków, to ci najmłodsi (18–24 lata). Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę liczbę ofiar śmiertelnych spowodowanych przez przedstawicieli obu tych grup wiekowych, to okaże się, że większej różnicy nie ma. 14 proc. zabitych ginie z winy kierowców 60+, a 15 proc. z winy młodych kierowców.
To niepokojące, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że statystyczny – podkreślam – kierowca 60+ nie wsiada za kierownicę po alkoholu. Dawno wyrósł też z potrzeby imponowania innym szybką jazdą. Dzięki dużemu doświadczeniu starsi kierowcy jeżdżą co do zasady wolniej i odpowiedzialniej. Jednak pewnych ograniczeń wynikających z pogarszającego się stanu zdrowia nie przeskoczą. A prognozy są nieubłagane. Jako społeczeństwo się starzejemy, więc odsetek osób starszych za kółkiem będzie systematycznie wzrastał. Dzisiejsi 40- i 50-latkowie nie porzucą nagle swojego stylu życia, czemu dodatkowo sprzyjać będą trzy elementy. Coraz bardziej naszpikowane elektroniką auta, wyposażone w różnego rodzaju asystentów pasa ruchu czy parkowania (co niewątpliwie jest dużym ułatwieniem, ale może też dawać złudne poczucie bezpieczeństwa), ogromna liczba tanich używanych aut sprowadzonych z Zachodu. I wreszcie brak realnej alternatywy w postaci regularnego, bezpiecznego, dostosowanego do potrzeb osób starszych zbiorowego transportu. Dla starszych osób spoza dużych miast samochód jest często być albo nie być, bo od tego zależy, czy dotrą do lekarza, sklepu czy urzędu.
Dlatego ważniejsze od tego, jak skonstruujemy system badań lekarskich czy ewentualnych egzaminów, gdzie postawimy granicę wieku, od którego będzie to konieczne (60, 65 czy może 70 lat), oraz jaki będzie system finansowania tych badań (państwowy czy indywidualny), jest zapewnienie alternatywy w postaci sprawnego transportu publicznego dla osób, które siłą rzeczy, przez sito nie przejdą. To wszystko oczywiście będzie kosztować miliony. Ale życie ofiar wypadków drogowych również.