Zgoda na masową sprzedaż marihuany leczniczej w aptekach w zamian za łapówkę? Tak podejrzewa CBA. Zatrzymano jedną z najważniejszych postaci rynku leków.
DGP
Zatrzymany to Aleksander M., przewodniczący komisji ds. produktów leczniczych działającej przy Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych. Jest profesorem, istotne stanowiska związane z polityką farmaceutyczną państwa zajmował od ponad 30 lat. Zdaniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego obiecał wprowadzenie leczniczej marihuany do obrotu w zamian za łapówkę.
– Został już odwołany z funkcji. O zatrzymaniu poinformowaliśmy Narodowy Instytut Leków, ponieważ zatrzymany przez wiele lat był jego pracownikiem, a w ostatnich latach bezskutecznie zabiegał o objęcie funkcji jego dyrektora – mówi Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia. I dodaje, że jeśli zarzuty CBA się potwierdzą, to dokonany zostanie przegląd wszystkich działań przewodniczącego podjętych w ostatnich latach. W praktyce zatem państwowe organy sprawdzą dziesiątki, a być może nawet setki postępowań, w których komisja oceniała, czy dany medykament powinien być sprzedawany w Polsce, czy nie.
Reklama
Potrzebę przeprowadzenia audytu dostrzegają Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej, oraz prof. Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków w latach 2005–2015.

Reklama
– Pacjenci przyjmujący leki muszą mieć pewność, że spełniają one wszelkie wymogi bezpieczeństwa oraz wymogi formalne. Nie można dopuścić do tego, by ludzie stracili do nich zaufanie – zauważa Marek Tomków.
Aleksander M. już raz został odwołany ze stanowiska przewodniczącego komisji ds. produktów leczniczych. Miało to miejsce w 2002 r. Ówczesny minister zdrowia Mariusz Łapiński, odwołując profesora, stwierdził, że „on już wie, o co chodzi”. Wtedy mówiło się o nieprawidłowościach w zarządzaniu Narodowym Instytutem Leków.
Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali pod koniec zeszłego tygodnia przewodniczącego komisji ds. produktów leczniczych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Aleksandra M. Doszło do tego w restauracji, gdzie był wraz z prezesem zarządu jednej ze spółek farmaceutycznych.
„Obaj powoływali się na wpływy w instytucjach państwowych i podjęli się uzyskania pozytywnej decyzji URPL w zakresie wprowadzenia do obrotu marihuany medycznej. Zatrzymany mężczyzna oczekiwał «wynagrodzenia» w formie gotówki, udziałów w spółkach, zatrudniania osób z rodziny, a także zatrudnienia na stanowisku menadżerskim” – informuje CBA.

Kluczowy urząd

Profesor Zbigniew Fijałek z WUM, w latach 2005–2015 dyrektor Narodowego Instytutu Leków, tłumaczy, że Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych jest niezwykle ważnym podmiotem, choć jego nazwa tego nie oddaje. – Decyzje URPL przekładają się na to, czy koncerny farmaceutyczne będą miały szansę zarobić miliony bądź nawet miliardy złotych, czy też nie. To urząd decyduje bowiem o rejestracji i dopuszczeniu do obrotu leków – wyjaśnia Fijałek.
Będzie przegląd wszystkich działań przewodniczącego z wielu lat
Jarosław Buczek, rzecznik prasowy urzędu, z kolei wskazuje, że zatrzymany mężczyzna nie jest pracownikiem urzędu. A komisja, której przewodniczył, jest jednym z kilku elementów łańcucha. Rekomendacja tejże komisji nie jest wiążąca dla prezesa. Ba, posiedzenia zwoływane są tylko w najbardziej złożonych sprawach. Nie jest zatem bynajmniej tak, że w każdej sprawie zatrzymany mężczyzna zajmował stanowisko. Zaś w tych, w których się wypowiadał, miał głos tylko i aż doradczy.
Profesor Fijałek wskazuje jednak, że członkowie komisji nigdy nie byli formalnie pracownikami URPL, tylko ekspertami zewnętrznymi – tak po prostu zbudowana jest struktura urzędu. – Zarazem bez wątpienia członkowie komisji mogą mieć decydujący wpływ na postępowania, a następnie wydawane decyzje. W przeciwnym razie ich obecność byłaby całkowicie zbędna – zauważa.

Wielki audyt

Sprawie przygląda się Ministerstwo Zdrowia. Jego wiceszef, Janusz Cieszyński, zapewnia nas, że jeśli zarzuty CBA się potwierdzą, to dokonany zostanie przegląd wszystkich działań przewodniczącego podjętych w ostatnich latach. Oznacza to więc, że urzędnicy przeanalizują raz jeszcze wydane decyzje, w których doradzał profesor. I każdorazowo ocenione zostanie, czy słusznie dany lek został dopuszczony do obrotu bądź czy z merytorycznych przyczyn odmówiono możliwości jego sprzedaży.
– Nie mam wątpliwości, że jeżeli zarzuty CBA się potwierdzą, to oczywiste jest, że URPL powinien przeanalizować wszystkie rejestracje dokonywane w czasie, gdy zatrzymany mógł w nich mieć jakikolwiek udział – komentuje prof. Zbigniew Fijałek. Zgadza się z nim Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej. Kluczowe jego zdaniem jest teraz to, by z powodu korupcyjnego zamieszania – niezależnie od jego finału – nie zostało podważone zaufanie Polaków do przyjmowanych przez nich leków.
– Pacjenci przyjmujący lek muszą mieć pewność, że spełnia on wszelkie wymogi bezpieczeństwa oraz wymogi formalne. Sama marihuana medyczna przez długi czas wywoływała przecież wiele kontrowersji. To lek, który jest podawany ciężko chorym pacjentom i chociażby z tego względu nie może być żadnych wątpliwości co do jego działania – argumentuje wiceprezes samorządu aptekarskiego.
Do tego – zdaniem Tomkowa – samemu URPL powinno zależeć na przeprowadzeniu audytu. Tak, by nie było wątpliwości, że w toku uzyskiwania decyzji nie dochodziło do jakichkolwiek manipulacji i leki zostały dopuszczone do obrotu zgodnie ze wszystkimi procedurami.
O procedurach URPL zresztą w ostatnich tygodniach zrobiło się głośno. To za sprawą kontrowersyjnego rozszerzenia właściwości leku arechin o leczenie COVID-19.
Doktor Leszek Borkowski, były prezes URPL, mówi nam, że w ostatnim czasie miał wątpliwości co do przestrzegania procedur w urzędzie. – Wszelkie decyzje powinny być wyważone i odpowiednio uzasadnione. Postępowanie w sprawie rejestracji leku może trwać latami. Tymczasem w przypadku arechinu trwało zaledwie jeden dzień – zauważa Borkowski. I wyjaśnia, że błyskawiczna decyzja była pochodną publikacji prestiżowego magazynu „Lancet”. Szkopuł w tym, że pismo szybko wycofało się ze swoich twierdzeń, zaś medykament w Polsce nadal można było stosować w zwalczaniu koronawirusa. – Z tego względu uważam, że rejestracja arechinu jako leku na COVID-19 była nielegalna – uważa były szef urzędu.

Lata w lekach

Profesor Aleksander M. od wielu lat związany jest z najistotniejszymi organami lekowymi w Polsce. Długo pracował w Narodowym Instytucie Leków, którego był dyrektorem, następnie zajmował się opiniowaniem, które produkty lecznicze powinny być dopuszczone do obrotu.
Analogiczne stanowisko do zajmowanego teraz stracił już w 2002 r. Wtedy ówczesny minister zdrowia Mariusz Łapiński, odwołując profesora, stwierdził, że „on już wie, o co chodzi”. Mówiło się wówczas o nieprawidłowościach w zarządzeniu Narodowym Instytutem Leków.
W środowisku farmaceutycznym od kilku lat krążyły plotki, jakoby Aleksander M. był nieformalnie związany z firmami oferującymi pomoc w przygotowaniu dokumentacji do rejestracji leków. Nie przybrały one jednak sformalizowanej postaci, tzn. nie przełożyły się na żadne zarzuty dla profesora.
Kilkanaście miesięcy temu w sprawie dotyczącej nielegalnego wywozu leków zatrzymany został jeden z członków rodziny naukowca.
Aleksandra M. zatrzymano wraz z prezesem jednej ze spółek farmaceutycznych