Prawo unijne nie zobowiązuje platform takich jak YouTube do podawania adresów e-mail, numerów telefonu czy IP użytkowników, którzy naruszają prawa autorskie – orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Reklama
Sprawa dotyczyła bezprawnego rozpowszechniania na YouTubie filmów, do których prawa posiada w Niemczech dystrybutor Constantin Film (chodzi m.in. o „Straszny film 5”). Zanim zablokowano do nich dostęp, zdążyło je obejrzeć kilkadziesiąt tysięcy osób. Dystrybutor chciałby pozwać użytkowników, którzy umieścili te filmy, ale, żeby to zrobić, musiałby ustalić ich tożsamość. W tym zaś mogłyby pomóc dane takie jak adres e-mail, numer telefonu i IP urządzenia. Przekazania tych informacji zażądał od Google’a, właściciela platformy YouTube. Ten jednak odmówił. Przed niemieckimi sądami zapadły różne orzeczenia, a teraz sprawa czeka na rozstrzygnięcie przez Federalny Trybunał Sprawiedliwości. Ten poprosił o zajęcie stanowiska TSUE. A to dlatego, że choć pozew o nakazanie ujawnienia wspomnianych danych opiera się na niemieckim prawie, to chodziło o przepisy implementujące unijną dyrektywę 2004/48/WE w sprawie egzekwowania praw własności intelektualnej. W art. 8 wymaga ona, aby sądy mogły nakazywać podanie informacji na temat pochodzenia towarów lub usług naruszających prawo własności intelektualnej, w tym nazw i adresów naruszycieli. Pytanie, czy w tym sformułowaniu mieści się również adres poczty elektronicznej, numer telefonu i IP urządzenia.
TSUE odpowiedział na to pytanie przecząco. Jego zdaniem art. 8 dyrektywy dotyczy tylko klasycznego adresu, czyli miasta, ulicy, numeru domu. Nie można tej regulacji rozciągać na inne dane umożliwiające identyfikację naruszyciela. Wynika to już choćby z potocznego rozumienia adresu. Dodatkowo analiza procesu legislacyjnego wskazuje, że unijny ustawodawca właśnie to klasyczne rozumienie adresu miał na myśli przy uchwalaniu dyrektywy. „Uchwalając dyrektywę 2004/48 prawodawca Unii opowiedział się za minimalną harmonizacją w odniesieniu do ogólnego egzekwowania praw własności intelektualnej. Harmonizacja ta ogranicza się zatem do jasno określonych informacji w art. 8 ust. 2 niniejszej dyrektywy” – napisano w uzasadnieniu wyroku.
Tomasz Zalewski, partner w kancelarii Bird & Bird, zwraca uwagę, że w sprawie tej widać starcie dwóch podejść – dynamicznej wykładni przepisów prawa i pozytywizmu prawniczego. Pierwsze uwzględnia rozwój technologii, rynku i zachowań społecznych, i w rezultacie dostosowuje znaczenie przepisów do zmieniających się uwarunkowań. Z kolei zwolennicy pozytywizmu prawniczego uważają, że przepis należy interpretować przede wszystkim w świetle celu, jaki przyświecał ustawodawcy w momencie uchwalania przepisu.
TSUE opowiedział się przeciwko wykładni dynamicznej, co w mym przekonaniu jest słuszne. Dynamiczna wykładnia przepisów prawa jest uzasadniona, jeśli służy zapewnieniu realizacji tego samego celu ustawodawcy w zmienionych warunkach, a nie realizacji innego celu. Skoro uchwalając w 2004 r. dyrektywę, ustawodawca ograniczył się do wskazania tylko nazw i adresów producentów jako informacji, których może żądać uprawniony, mimo że przecież pojęcia takie jak adres e-mail i IP były już znane, to oznacza, że te ostatnie nie są objęte zakresem uprawnienia – argumentuje Zalewski.
Wyrok nie oznacza, że poszczególne państwa nie mogą wprowadzać do swoich porządków prawnych regulacji, które nakazywałyby podawanie pełniejszych informacji o naruszycielach. Wynika to wprost z art. 8 ust. 3 dyrektywy. Różnica jest taka, że państwa członkowskie mogą, ale nie muszą tego robić.
– W Polsce takim przepisem jest art. 80 ust. 1 pkt 3 prawa autorskiego. Orzecznictwo powszechnie przyjmuje, że na podstawie tego przepisu możliwe jest żądanie udostępnienia danych osobowych osób, które dokonały naruszenia – zauważa Tomasz Zalewski.
Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 9 lipca 2020 r. w sprawie C-264/19. www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia