Niezwołanie zgromadzenia w celu wyboru kandydatów na I prezesa SN to dezercja – uważają sędziowie. Dzięki temu prezydent będzie mógł wskazać osobę, która pokieruje SN.
ikona lupy />
DGP
Odwołanie (ze względu na pandemię COVID-19) zaplanowanego na 21 kwietnia br. zgromadzenia ogólnego sędziów Sądu Najwyższego w celu wyboru kandydatów na I prezesa SN i niewyznaczenie nowego terminu wywołało konsternację w środowisku sędziowskim.
− To przedwczesne wywieszenie białej flagi – mówi bez ogródek Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Dlatego też apeluje do prof. Małgorzaty Gersdorf, I prezes SN, której kadencja kończy się już 30 kwietnia, aby jednak przed tą datą zwołała zgromadzenie. Nie ma bowiem wątpliwości, że w przeciwnym wypadku SN przejdzie w ręce obozu rządzącego. I zaprzepaszczone zostanie to wszystko, o co walczyli obywatele przez ostanie lata, broniąc Sądu Najwyższego.

Spór o zastępstwo

Po tym, jak okazało się, że najprawdopodobniej nie uda się wybrać kandydatów na I prezesa SN przed upływem kadencji prof. Małgorzaty Gersdorf, między SN a Kancelarią Prezydenta powstał spór co do tego, kto po 30 kwietnia br. ma pokierować SN. Michał Laskowski, rzecznik prasowy SN, oświadczył, że władza tymczasowo przejdzie w ręce Józefa Iwulskiego, prezesa SN kierującego Izbą Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Powołał się przy tym na przepis z ustawy o SN (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 825 ze zm.), który stanowi, że w razie nieobecności I prezesa SN − gdy ten sam nie może wskazać takiej osoby – zastępuje go prezes SN najstarszy służbą na stanowisku sędziego.
Z kolei KP uważa, że w obecnej sytuacji zastosowanie znajdzie przepis ustawy o SN mówiący o tym, że jeżeli kandydaci na I prezesa SN nie zostali wybrani zgodnie z ustawowymi wymogami, prezydent powierza obowiązki I prezesa SN dowolnie wybranemu sędziemu SN. To, że kandydaci nie zostaną wybrani zgodnie z ustawą, jest już pewne. Ta stanowi, że powinno się to stać nie później niż na sześć tygodni przed upływem kadencji I prezesa SN.
− Na skutek zaniechania przez I prezes SN zwołania zgromadzenia aktywuje się procedura awaryjna, o której mowa w art. 13a ustawy o SN. Jednym z ustawowych wymogów jest bowiem dochowanie precyzyjnie określonego terminu dokonania wyboru kandydatów na I prezesa SN – przyznaje dr hab. Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Jego zdaniem przepis, na który powołał się rzecznik prasowy SN, nie może znaleźć zastosowania po zakończeniu kadencji I prezesa SN.
− On dotyczy zupełnie innej sytuacji. Chodzi o przypadki, kiedy I prezes SN z jakiegoś powodu nie może wykonywać swoich obowiązków (np. urlop, dłuższa delegacja), ale jego kadencja nadal trwa – tłumaczy konstytucjonalista.
Dosadniej cały spór podsumowuje prezes Markiewicz.
− Interpretacja przepisów przedstawiona przez I prezes SN i rzecznika prasowego SN ma charakter życzeniowy i całkowicie nierealny. Jest to więc nieudolna próba wyjścia z twarzą z całej sytuacji, która jest przez wielu oceniana jako dezercja ze strony władz SN. Już słyszymy ze strony Kancelarii Prezydenta, że powoła on osobę kierującą SN. I co wtedy zrobią sędziowie SN, nie uznają go czy, po raz kolejny kontestując legalność takiego działania, zaakceptują taki stan? – pyta sędzia Markiewicz.

Pytanie o intencje

O tym, że po 30 kwietnia inicjatywa w sprawie wyboru osoby, która czasowo pokieruje SN, będzie przysługiwała prezydentowi, przekonany jest Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości.
− Być może decyzja o niezwoływaniu zgromadzenia to rozpaczliwa próba szukania jakiegoś sposobu na sparaliżowanie SN po upływie kadencji prof. Gersdorf – zastanawia się wiceminister. I nie ukrywa, że taka możliwość była brana pod uwagę przy tworzeniu grudniowej nowelizacji ustawy o SN. I aby temu zapobiec, wprowadzono wówczas do ustawy o SN właśnie art. 13a (patrz: grafika).
Tyle tylko, że zdaniem prof. Macieja Gutowskiego, adwokata, o żadnym celowym blokowaniu procedury wyboru kandydatów na I prezesa SN w obecnych warunkach nie może być mowy.
− Mamy stan epidemii, który wprowadzili przecież rządzący, a nie I prezes SN. To jest fakt obiektywny i niepodważalny. Nie można więc twierdzić, że decyzja o niezwoływaniu zgromadzenia była działaniem sprzecznym z ustawą – podkreśla prof. Gutowski. Dlatego też jego zdaniem wątpliwe jest, aby w tych okolicznościach prezydent miał prawo do wskazania osoby czasowo pełniącej obowiązki I prezesa SN po zakończeniu kadencji prof. Gersdorf.
− Przepis ten był stworzony, aby zapobiegać działaniom podejmowanym intencjonalnie w celu uniemożliwienia obsadzenia stanowiska I prezesa SN, a nie po to, aby prezydent, wykorzystując sytuację, mógł sobie dowolnie wskazywać quasi I prezesa SN – podkreśla prof. Gutowski.
Decyzji I prezes SN broni także poseł Borys Budka, przewodniczący PO. − Przepisy dotyczące uprawnień prezydenta są sprzeczne z konstytucją. Ta bowiem stanowi, że I prezesa SN prezydent może powołać tylko na wniosek zgromadzenia ogólnego sędziów SN. Tak więc danie mu w ustawie uprawnienia do wskazania osoby pełniącej obowiązki I prezesa SN to wkroczenie w autonomię SN – mówi polityk.
I przypomina, że to samo zrobiono z TK. − Gra toczy się o przejęcie SN. Prezydent nigdy nie był strażnikiem konstytucji, chce jedynie mieć swojego człowieka na czele SN, tym bardziej że to właśnie SN stwierdza ważność wyborów prezydenckich – podkreśla Borys Budka.

Brak procedury

Tyle tylko, że nie tylko ze strony obozu rządzącego płyną głosy, że tak naprawdę zwołanie zgromadzenia i przeprowadzenie w bezpieczny sposób wyborów kandydatów na I prezesa, choć utrudnione, jest wykonalne.
− Przecież można by było zapewnić sędziom odpowiednie środki ochrony, jakie stosuje się w innych instytucjach. Nie ma też konieczności, aby wszyscy spotykali się na jednej sali. Taka skala, w przeciwieństwie do organizacji wyborów w 36-milionowym kraju, jest realnie do opanowania. Sędziowie mogliby pozostać w swoich pokojach i oddać głos do urny, która wędrowałaby od pokoju do pokoju – poddaje pomysł sędzia Markiewicz. Jak dodaje, wybory można by było przeprowadzić także za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej lub za pośrednictwem wewnętrznej sieci SN. Jako obywatele RP, jako sędziowie mamy prawo tego oczekiwać od sędziów SN, w obronie którego wychodzimy tyle razy na ulice.
Wtóruje mu Sebastian Kaleta, który podkreśla, że pozwalają na to obowiązujące procedury, a nawet jeżeli ktoś miałby co do tego wątpliwości, to przecież był czas, aby sędziowie SN wystąpili o dokonanie odpowiednich zmian w prawie.
Problem dostrzega za to mec. Maciej Gutowski. Przypomina, że Sejm z powodu COVID-19 umożliwił organom administracyjnym oraz samorządu terytorialnego procedowanie za pomocą środków komunikacji elektronicznej.
− Na takie rozwiązanie wobec SN jednak się nie zdecydowano. Trudno jest więc teraz mieć o to pretensję do władz SN – zauważa prof. Gutowski. Jak dodaje, wielu spośród sędziów SN zalicza się, z racji wieku, do grupy ryzyka, a gdyby doszło do choć jednego zarażenia koronawirusem, kwarantanną musiałby zostać objęty cały SN. − Skutki tego byłby dużo dalej idące dla całego systemu prawnego aniżeli chwilowy wakat na stanowisku I prezesa SN – ostrzega.
Tymczasem zdaniem Jacka Zaleśnego wybór kandydatów na I prezesa SN mógłby zostać przeprowadzony, jeśli nie w formie stacjonarnej, to w formie elektronicznej nawet przy braku ustawowych przepisów regulujących samą procedurę.
− Najważniejsze jest bowiem, aby każdy sędzia miał realną możliwość oddania głosu i aby zapewniona była tajność wyboru – wskazuje. Jego zdaniem jeżeli te materialne warunki zostaną spełnione, to jest kwestią drugorzędną, w jakiej technologii Zgromadzenie Ogólne wykonało powierzoną mu kompetencję.