Wyższość demokracji nad innymi ustrojami sprowadza się w istocie do jednego: że wolno powiedzieć „sprawdzam” osobom sprawującym władzę. PiS prowadzi orkę sądownictwa właśnie pod tym hasłem – by suweren mógł skontrolować poczynania III władzy; by miał – choćby pośredni – wpływ na to, kto ją sprawuje. Temu miała służyć przede wszystkim przebudowa Krajowej Rady Sądownictwa. Dziś jest już jasne, że hasła te były jedynie mydleniem oczu. Listy poparcia udzielonego (podobno) sędziemu Maciejowi Nawackiemu – członkowi KRS (podobno) – okazały się zasobem tak strategicznym, że dla ich ukrycia zdecydowano się ośmieszyć nie tylko jego samego.
Nawacki, przebywający na urlopie, nie wahał się wczoraj zameldować przełożonym, że będzie pełnił obowiązki „zdalnie” tylko po to, by o 6 rano cofnąć sędziemu Juszczyszynowi delegację do Warszawy. Zaraz uruchomiono również lojalnych „dziennikarzy”, by napomnieli Kancelarię Sejmu, żeby list nie udostępniała, skoro delegacja została cofnięta. Nic to, że delegacja – świstek potrzebny do zwrotu za paliwo – nie decyduje w praworządnym (podobno) kraju o czynnościach sądu.
Kilku elementów zabrakło: policja nie przyjechała skontrolować stanu technicznego auta, którym poruszał się Juszczyszyn. Nie zatrzymała go do kontroli trzeźwości. Skarbówka nie postanowiła sprawdzić, czy samochód jest zatankowany legalnym paliwem. I czy za paliwo został wydany prawidłowy paragon. Tyle jeszcze można było zrobić, by powstrzymać sędziego Juszczyszyna!
Reklama
Ale to następnym razem. Na razie skompromitowaliście dopiero trzy z czterech władz: Sejm, sądownictwo i dziennikarstwo.