Państwo to ludzie. Polska konstytucja nie jest pod tym względem oryginalna: opiera się na zasadzie trójpodziału władzy między instytucjami, ale kierowanie nimi oddaje w ręce prezesów, marszałków, prezydentów. Żadna instytucja nie działa mechanicznie, żadne przepisy nie stosują się bezpośrednio – zawsze po drodze jest człowiek. Słabe ogniwo. Ale, mimo eksperymentów ze sztuczną inteligencją – która ma być wolna od naszych ułomności i uprzedzeń – jeszcze nie wynaleźliśmy nic lepszego.
Konstytucja, która oddaje władzę nad ludźmi w ręce innych ludzi, stawia tym drugim spore wymagania. Przynajmniej na papierze. Zazwyczaj muszą zostać wybrani przez innych, a więc muszą być w stanie kogoś do siebie przekonać. Muszą też spełnić określone kryteria: mieć wyższe wykształcenie, wybitną wiedzę w swojej dziedzinie, osiągnięcia zawodowe. Te kryteria mają być probierzem inteligencji, pracowitości, rzetelności – bo, przynajmniej w teorii, człowiek pozbawiony tych cech nie powinien awansować. A skoro awansował, to można mu powierzyć odpowiedzialne zadania. Na czymś musimy się oprzeć. Więc polegamy na dyplomach, listach publikacji, sile nazwiska i oddanych na to nazwisko głosach wyborców.
Co się dzieje, kiedy te założenia przestają działać? Kiedy dyscyplina partyjna sprawia, że nikogo do niczego nie trzeba już przekonywać, bo kandydatów na stanowiska wskazuje lider rządzącego ugrupowania? Kiedy merytoryczne kryteria przestają być respektowane albo niewiele znaczą, bo za dyplomem uczelni albo listą publikacji nie stoi inteligencja ani ciężka praca? Wtedy tracimy oparcie. Podejmujemy decyzje cynicznie, dystansując się do wymagań, które ludziom władzy stawia prawo. Oparcie tracą też ci, którzy walczą o politycznie obsadzane stanowiska. Bo jeśli drogą do władzy jest dobry PR, to przewagę dają pieniądze, nie osobiste przymioty. Partia zawsze będzie w stanie zmobilizować więcej środków niż jednostka, więc jednostce opłaca się być posłuszną. W miejscu, w którym zaczyna się taka kalkulacja, kończy się niezależność.
Reklama
Na czym polega niezależność człowieka, który sprawuje władzę? Jak ją rozpoznać, skoro nie ma na nią certyfikatu ani notki biograficznej? Tylko po podejmowanych decyzjach. Od 2015 r. w Polsce trwa spór o niezależność wymiaru sprawiedliwości. Partia rządząca wymieniała sędziów na kluczowych stanowiskach, zmieniała ustrój Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego pod hasłem walki z układem. Opozycja, lecz także organizacje społeczne i instytucje międzynarodowe, obserwujące ten proces, alarmują, że wymiar sprawiedliwości traci niezależność. Zaczyna działać tak, jak oczekują politycy. Czyli jak?
Dane przeanalizowane przez Fundację Helsińską dają do myślenia: w 2017 r. trybunał wydał tylko 36 wyroków i 53 postanowienia (to czwarty od końca rezultat od 1997 r.). Co znaczące, aż jedna trzecia postanowień była skutkiem cofnięcia przez skarżącego wniosku, pytania prawnego lub skargi konstytucyjnej. A więc osoby i instytucje, które wcześniej włożyły duży wysiłek w sprawę przed TK, nagle z niej zrezygnowały. Dlaczego? Nie chciały już dłużej czekać czy bały się politycznego rozstrzygnięcia?

Reklama
Paraliż i opieszałość instytucji, której działanie jest ważne dla stabilności demokracji, to tylko jeden z możliwych przejawów utraty niezależności. Drugi – być może bardziej niebezpieczny – to jej nadgorliwość. Helsińska Fundacja Praw Człowieka parę miesięcy temu zebrała dane na temat postępowań dyscyplinarnych przeciwko sędziom i prokuratorom. Na tej liście nie ma przypadków jazdy w stanie nietrzeźwym czy przyjmowania łapówek. Najgłośniejsze procesy dyscyplinarne dotyczą sędziów i prokuratorów, którzy wykazali inicjatywę – i to inicjatywę niewygodną dla władzy wykonawczej. Na przykład zadali pytanie Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości w sądzonej sprawie, poprowadzili lekcję na temat konstytucji w szkole albo pokazową rozprawę dla młodych ludzi na festiwalu muzycznym, opublikowali tekst w prasie.
Niezależność człowieka, który podejmuje decyzje ważne dla innych ludzi, to stan umysłu. Człowiek, który ma w kieszeni partyjną legitymację, może działać w sposób niezależny. Z drugiej strony osobę o innych poglądach można złamać i podporządkować – to tylko kwestia stworzenia odpowiednich warunków. Naszym wspólnym zadaniem jest dbać o takie warunki, w których ludzie wybrani na kluczowe stanowiska mogą podejmować decyzje w sposób niezależny, nie ryzykując swojej kariery i zdrowia psychicznego. Zadaniem polityków powinno być zachowanie odpowiedniego dystansu: niewywieranie nacisków, uszanowanie podziału władzy. Czy polscy politycy są w stanie taki dystans utrzymać?
W kwietniu czeka nas wybór człowieka, który stanie na czele Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Osoby, która przez cztery lata będzie wyznaczać standard ochrony danych w sektorach publicznym i prywatnym. To nie są abstrakcyjne zera i jedynki, informatyczne zapisy w bazach danych. To nasze dane – obywateli, wyborców, klientów firm (dużych i małych, polskich i zagranicznych, tych z udziałem Skarbu Państwa i tych, które próbują z nimi konkurować), dziennikarzy, działaczy społecznych i samych polityków. Dane, które w naszej cyfrowej cywilizacji powszechnie uważa się za jedno z najskuteczniejszych narzędzi władzy.
Mamy dowody na to, że wiedza o człowieku, odpowiednio wykorzystana, daje przewagę. Pozwala wpłynąć na jego wybory konsumenckie, życiowe, a nawet polityczne (co pokazała afera Facebooka i Cambridge Analytica); pozwala przewidzieć jego kolejny krok, bo jednak działamy dość schematycznie; pozwala namierzyć nietypowe zachowanie i szybko na nie zareagować (wpisać na czarną listę, odciąć dostęp, zablokować konto, zaalarmować służby). Taką władzę ktoś powinien kontrolować. Tym kimś według obowiązującego prawa jest prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Od maja ubiegłego roku działa RODO (europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych), które – z jednej strony – dużo wymaga od wszystkich, którzy przetwarzają dane o ludziach, z drugiej – daje prezesowi UODO narzędzia, by te wymagania egzekwować. Właśnie pojawiła się w Polsce pierwsza milionowa kara, nałożona na firmę, która niezgodnie z RODO wykorzystywała dane osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą.
Podobne organy w innych krajach UE były szybsze – nakładają kary finansowe na międzynarodowe korporacje, takie jak Alphabet (dawniej Google), na pracodawców, którzy źle zabezpieczali dane pracowników, na nieautoryzowane systemy monitoringu wizyjnego, a nawet szpital, któremu wyciekły dane pacjentów. Zakres ich działania jest bardzo szeroki, bo przecież wszyscy zbierają dane. Na liście podmiotów, które organ ochrony danych może kontrolować i dyscyplinować, są również media, organizacje społeczne i partie polityczne. I bardzo dobrze, byleby tylko ta kontrola była sprawowana w interesie społecznym, nie politycznym.
W Polsce dane na ogromną skalę zbiera także Kościół katolicki, który powołał własny – wewnętrzny – organ mający dbać o egzekwowanie RODO. Ale nie wiadomo, czy zrobił to legalnie. Jedną z ważnych decyzji, jaka stoi przed prezesem UODO, jest rozstrzygnięcie, czy w Polsce powinna działać również świecka kontrola nad tym, jak dane ludzi (nie tylko wiernych, bo także apostatów) przetwarza Kościół. Inne pole minowe to wymiar sprawiedliwości i kompetencje policji: mamy przepisy, które pozwalają prezesowi UODO interweniować w interesie obywateli nawet w takich przypadkach, kiedy dane są zbierane w sposób niejawny i sam obywatel nie ma do nich dostępu, bo np. jest podejrzanym w sprawie.
Standard korzystania z tych uprawnień dopiero się kształtuje, a konkretnie będzie go kształtować osoba, którą za chwilę Sejm wybierze na stanowisko szefa UODO.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna