Kontrowersyjny projekt zapewne przepadnie w europarlamencie. Nie podoba się przedsiębiorcom ani ekspertom do spraw bezpieczeństwa.
Reklama
Usuwanie treści terrorystycznych online zaproponowała Komisja Europejska. Projekt rozporządzenia w tej sprawie spotkał się jednak z falą krytyki. W ocenie platform internetowych trudny do spełnienia będzie obowiązek usuwania w ciągu jednej godziny materiałów o takim charakterze. Ponadto KE zarzuca się, że w niejasny sposób zdefiniowała, czym jest propaganda terrorystyczna. Może to skutkować nadużyciami wolności słowa.
Polski rząd również zajął krytyczne stanowisko wobec propozycji Brukseli. Zastrzeżenia miały też inne kraje członkowskie. Pomimo tego projekt został przyjęty przez państwa podczas posiedzenia Rady UE na początku grudnia.
Teraz decyzję musi podjąć europarlament. Nasz rozmówca w izbie podkreśla jednak, że najprawdopodobniej nie uda się rozporządzenia przegłosować do końca tej kadencji. Komisja odpowiedzialna za sprawy wewnętrzne (LIBE) nie rozpoczęła jeszcze prac, co oznacza, że najwcześniej zajmie się projektem dopiero po przerwie świątecznej w styczniu. Na dodatek projekt KE wymaga dopracowania. A na to potrzeba czasu, którego europarlament już nie ma. W maju odbędą się bowiem wybory europejskie.

Reklama
Polski rząd widzi potrzebę walki z terroryzmem w sieci, ale ma wiele zastrzeżeń do projektu KE. Jak wynika ze stanowiska, Polska nie chce, by obowiązek usuwania zagrażających bezpieczeństwu treści obejmował małych dostawców usług hostingowych.
– Przewidziane w projekcie obowiązki będą łatwiejsze do spełnienia dla dużych podmiotów, mogą być jednak zbytnim obciążeniem finansowym dla małych i średnich dostawców, rzutując na konkurencyjność świadczonych przez nich usług – argumentował polski rząd. Nowe przepisy oznaczałaby to, że usługodawca musiałby zapewnić punkt kontaktowy gotowy na reakcję i dostępny w trybie 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Spełnienie tego obowiązku przez małych przedsiębiorców wiązałoby się z ogromnymi wydatkami.
Polska domaga się też doprecyzowania definicji, czym są treści propagandowe, by pozostawiały jak najmniej możliwości interpretacyjnych i tworzone mechanizmy nie doprowadziły do nadmiernego usuwania treści.
Rząd ma także zastrzeżenia wobec proponowanych automatycznych mechanizmów filtrowania treści terrorystycznych. Zgodnie z projektem KE dostawcy usług hostingu będą mieli obowiązek automatycznego nadzoru nad treściami w celu uniemożliwienia ponownego opublikowania informacji już raz usuniętych oraz sprawnego usuwania nowych treści zabronionych.
W ocenie rządu wykrywanie treści terrorystycznych to przede wszystkim zadanie dla służb państwa. – Dostawcy usług hostingowych ze swojej strony powinni zapewnić sprawną współpracę z organami państwa, nie powinni być jednak sędziami tego, co jest dopuszczalne w internecie, stosując własne narzędzia cenzorskie bez należytej kontroli – uważają polskie władze.
O tym, że trzeba zwalczać treści terrorystyczne w sieci, przekonany jest dr Krzysztof Liedel, prawnik i ekspert ds. terroryzmu. – Obecnie dominująca część procesów radykalizacji, rekrutacji i szkolenia przyszłych zamachowców odbywa się w internecie. Nie trzeba jechać do obozów szkoleniowych na Bliski Wschód, żeby przejść szkolenie – mówi DGP ekspert.
Organizacje siejące przemoc mają odpowiednich specjalistów, którzy przygotowują nie tylko strony internetowe służące rekrutacji, ale także zawierające instrukcje tworzenia ładunków wybuchowych, fałszowania dokumentów itd.
– Takie jest oblicze współczesnego terroryzmu, którego hasłem jest „zabijaj tam, gdzie żyjesz”. Ochotników szuka się w sieci, a po przeprowadzeniu przez nich zamachu organizacje legitymizują ich działania, podkreślając, że są to członkowie ich grupy, chociaż tak naprawdę nie mieli z nimi bezpośredniego kontaktu – dodaje.
W projekcie KE zapisano dwa mechanizmy usuwania treści terrorystycznych. Pierwszy w formie nakazu wydawanego przez uprawniony organ publiczny. W polskich warunkach byłaby to zapewne Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Materiał ten miałby zniknąć w ciągu godziny od momentu otrzymania zgłoszenia. Za niedotrzymanie terminu grozić ma m.in. kara finansowa nawet do 4 proc. obrotów z ostatniego roku. I drugi, w którym właściwy organ państwa powiadamiałby dostawcę treści o tym, że znajdują się u niego treści o charakterze terrorystycznym. To, czy materiał ten zostanie usunięty, będzie zależało od decyzji dostawcy. Liedel krytykuje ten pomysł. – Działania odpowiednich służb powinny odbywać się tylko w formie decyzji administracyjnych, tak aby była możliwość odwołania się od nich – zaznacza Liedel.
Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon, zwraca uwagę, że od 2017 r. obowiązuje dyrektywa w sprawie zwalczania terroryzmu, która umożliwia państwom członkowskim usuwanie treści internetowych nawołujących do aktów terrorystycznych. – Prawodawcy przed zabraniem się za tworzenie nowych przepisów powinni zbadać skalę problemu, jaki chcą rozwiązać, i to, czy dotychczasowe narzędzia nie są wystarczające – podkreśla. Unia Europejska powinna się skupić na tym, by racje pomiędzy wolnością słowa a bezpieczeństwem zostały dobrze wyważone.