Trzeba przyznać, że to całkiem hojnie. Zwłaszcza że na początku miało być tylko siedem, z czego dwa przypadały na weekend, a jeden na święto. Skąd więc te lamenty aktywistów i samorządów, że za krótko? Śpieszę z wyjaśnieniem: w głowach się im poprzewracało. Rozpieściło ich niesłabnące zainteresowanie rządu, który wypowiada wojnę smogowi dwa razy do roku.
Mógłbym tak dalej ironizować, gdybym na własne oczy nie widział pism, które z powodu pilnego procedowania trafiały do skrzynek zainteresowanych już po zakończeniu konsultacji. I gdybym nie opisywał później wynikających z tego problemów.
Reklama
Oczywiście rozumiem, że czasu jest zawsze mało. Ale jego brak to tylko jedna strona problemu. Bo zdarza się też, że konsultacje trwają miesiącami – więc czasu na wysłuchanie zainteresowanych jest dużo – ale nikt nie nadstawia ucha. Przekonali się o tym ostatnio samorządowcy z gmin, na których wybudowano farmy wiatrowe. Bo co z tego, że prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii trwały od czerwca 2017 r., skoro spośród 29 zapytanych o zdanie nie było nawet jednej gminy? A kiedy te zgłosiły swoje uwagi, na nic się to zdało.
W końcu, jak przekonywało Ministerstwo Energii, samorządy nie miały się czego obawiać: podatkowa rewolucja miała się odbyć bez kosztów. Chyba zatem z nudów podjęli się oni ostatnio walki o rekompensaty ok. 450 mln zł, które, jak oszacowali, stracą na zmianach. Jednak na ich apele nie odpowiedział na razie nikt, choć trafiły one nawet na biurko premiera. A obiecywane im spotkanie z wiceministrem finansów anulowano dzień przed wyznaczoną datą. Czy podobny los czeka teraz gminy zainteresowane walką ze smogiem? Piłka jest po stronie rządu.