Z łamania prawa przez obecnie rządzących nie można wysnuwać usprawiedliwienia dla równie bezprawnych działań ich następców.
Ostatnie dni to kolejny festiwal łamania konstytucji oraz niszczenia trójpodziału władzy. Większość parlamentarna jest wulgarna. Uważa, że jak się dominuje w Sejmie i Senacie, można przegłosować to, że czerń to biel, a biel to czerń. Przykład? Kolejna już nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, podpisana przez prezydenta, zawiera błędne odesłanie do przepisu, który w ogóle w ustawie nie występuje. Senatorowie o tym wiedzieli jeszcze przed głosowaniem, więc sprawa wydawała się prosta – wystarczy wnieść poprawkę i odesłać ustawę Sejmowi. Ale miało być szybko, więc tego nie zrobili. Przegłosowali bubel prawny, a potem rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek przekonywała, że błąd nie jest istotny. I że ustawa z tak małym mankamentem jest pełnowartościowa.
Reklama
Gdy zaś parlamentarzyści postępowali niczym w „Sejmie kalek” Macieja Zembatego („Stuk, puk laską w podłogę/Sejm, sejm wyraża zgodę/Stuk, puk laską o blat/Sejm mówi: tak”), przypomniałem sobie niedawną twitterową polemikę z prof. Marcinem Matczakiem. I doszedłem do wniosku, że kiedy układ sił się odwróci, wcale nie będzie lepiej.
Wszystko zaczęło się od wypowiedzi wyrastającego na guru obecnej opozycji prof. Matczaka – niektórzy widzą w nim nawet jej przyszłego lidera – dla programu „OnetRano”. Prawnik stwierdził: „Prawodawca uchwala pewne rozwiązania, ale po drugiej stronie musi nastąpić uznanie tego prawa. Jeżeli duża grupa sędziów nie uznaje tego prawa, to to prawo traci przymiot prawa”. Napisałem, że moim zdaniem ma to niewiele wspólnego z rządami prawa. Byłyby to rządy prawników. Profesor Matczak odpisał mi, że nie znam myśli Herberta Harta, czyli wybitnego angielskiego filozofa prawa. I dorzucił, że nie mogę – jako wychowany w skompromitowanej tradycji twardego pozytywizmu prawniczego – pogodzić się z tym, że prawo to nie jest wykonywanie rozkazów.

Reklama
Myśl Harta od czasu tej dyskusji nadrobiłem. I nigdzie nie pisał on o tym, że aby coś było prawem, muszą to uznać sędziowie. Stwierdził (tylko i aż), że uznanie prawa musi być powszechne, społeczne. I że sędziowie mają to uprawnienie i zarazem ten obowiązek, by prawo interpretować w myśl społecznego dobra. Nie zastępują jednak ani ustawodawcy, ani społeczeństwa. Nie od nich zależy, czy coś może zostać uchwalone, czy też nie. Gdyby jednak nawet Hart uznał, że sędziowie są ponad wszelkimi innymi władzami, to dlaczego mielibyśmy przekładać oparte na anglosaskim systemie myśli sprzed 60 lat na dzisiejszą sytuację w Polsce? W czym ta myśl jest lepsza od klasycznego monteskiuszowskiego trójpodziału władzy?
Z ubolewaniem stwierdzam, że zdaniem przeciwników obecnego rządzu reakcją na bezprawie tej władzy ma być bezprawie, tyle że realizowane przez kogoś innego niż dziś. Jak bowiem odbierać słowa posła Stanisława Gawłowskiego z Platformy Obywatelskiej, który 20 lipca 2018 r. z trybuny sejmowej powiedział do posłów Prawa i Sprawiedliwości, że „będą siedzieć”? Gawłowski, uważający się za więźnia politycznego (niedawno wyszedł z aresztu, przeciwko niemu będzie prowadzone postępowanie karne związane z zarzutami korupcyjnymi), chciałby wsadzić za kratki innych polityków. Czym się więc różni od tych, którzy teraz chcą, aby to on siedział?
Podobne oczekiwania ma także Włodzimierz Czarzasty, szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Mówi wprost do polityków PiS: „Dojdziemy do władzy, powsadzamy was do więzień”. Za co? Za głosowanie nad ustawami sądowymi. A gdzie miejsce na sąd? Włodzimierz Czarzasty uważa, że może go zastąpić. I zapowiada, że gdy tylko dojdzie do władzy, wszyscy sędziowie współpracujący z obecną władzą polityczną (kto współpracuje, oceni Włodzimierz Czarzasty) „zostaną zwolnieni z wykonywania zawodu za kolaboranctwo” (zgodnie z definicją słownikową kolaboranctwo to „współpraca z niepopieraną przez większość społeczeństwa władzą, zwłaszcza z władzami okupacyjnymi”). Dziś Czarzasty narzeka na zdecydowanie zbyt duży wpływ Zbigniewa Ziobry na wymiar sprawiedliwości. Mówi, że farsą jest to, że Ziobro może swobodnie wybierać prezesów sądów, a Krajowa Rada Sądownictwa została obsadzona marionetkami zależnymi od polityków. Jutro zaś ten sam Czarzasty samodzielnie chciałby decydować o tym, kto powinien trafić do więzienia.
Opozycja polityczna, oprócz rozliczeń personalnych, chce też cofnięcia zmian wprowadzanych przez Prawo i Sprawiedliwość. To oczywiście w demokratycznym państwie prawnym dopuszczalne. Jakkolwiek możemy się zastanawiać, czy co cztery lata (lub więcej) należy wywracać do góry nogami cały system w niemal każdej dziedzinie życia. Chyba że do „przywracania normalności” wezmą się Grzegorz Schetyna i Bartosz Arłukowicz (obaj z PO). Zapowiedzieli oni już bowiem, że „wszystkie nielegalne PiS-owskie ustawy” zostaną uchylone zbiorczo, jedną ustawą; chciałoby się rzec – platformerską. Oczywiście taka ustawa dotyczyłaby również wyborów personalnych. Na jej mocy za jednym zamachem pozbyto by się niechcianych sędziów z Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz Krajowej Rady Sądownictwa. I, rzecz jasna, wpisano by do tej ustawy, że choć państwo obiecało sędziom możliwość dokończenia kadencji, a potem uzyskiwania świadczeń wynikających z przejścia w stan spoczynku, to przecież obiecywało to „państwo PiS”. A jako że „państwa PiS” już nie ma, tylko powróciła Najjaśniejsza Rzeczpospolita, to na bruk ich.
Pojęcie trójpodziału władzy jest już stare i niemodne. Zakłada bowiem, że na trzech stołkach siedzą trzy osoby i żadna z nich nie będzie chciała i mogła zrzucić sąsiada z jego siedziska. Tak oczywiście nie jest. Wielu, gdy ma tylko możliwość, chce zepchnąć sąsiadów ze stołków. Czasem dlatego, że są denerwujący. Niekiedy wystarczającym powodem jest to, że przydałby się wygodny podnóżek. Obecnie na wszystkich trzech stołkach rozpycha się Prawo i Sprawiedliwość. Rzecz w tym, że po stronie opozycji oraz sprzyjających jej komentatorów nie widzę woli do zrzucenia Jarosława Kaczyńskiego po to, by zastąpić go trzema przedstawicielami trzech różnych władz. Dostrzegam raczej, że chodzi jedynie o to, by zamiast wszechwładzy Kaczyńskiego nastała wszechwładza Schetyny (lub kogoś innego, kto akurat będzie liderem opozycji). Politykom nie chodzi o rządy prawa. Jak by się nie zaklinali, chodzi im tylko o to, by to oni rządzili.