Artyści skarżą się, że za mało zarabiają na swojej muzyce. Słuchacze narzekają, że muszą za nią zbyt drogo płacić. Czy nowa ustawa zadowoli i jednych, i drugich?
Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst – śpiewała Katarzyna Nosowska w wielkim przeboju grupy Hey. Ale do tekstu potrzebna jest muzyka. A później piosenkę trzeba zagrać i zaśpiewać – to rola wykonawców (lub samych autorów). Jeśli utwór trafia na płytę, właścicielem nagrań jest wytwórnia. Z jednej piosenki żyje więc kilka podmiotów – autorzy, wykonawcy i producenci. A kto im płaci? Każdy, kto kupi w sklepie muzykę, lecz także właściciel kina, dyskoteki czy zakładu fryzjerskiego, który publicznie ją odtwarza, operatorzy sieci kablowych, nadawcy radiowi i telewizyjni. Wszyscy korzystający z cudzej twórczości na różnych polach eksploatacji. Płacą uzgodnione należności organizacjom reprezentujących twórców. W różnej formie. Stacja radiowa – za minutę emisji piosenki na antenie. Pub czy pizzeria – zryczałtowaną daninę za puszczanie muzyki przy jedzeniu gościom w lokalu. Sklep z płytami – procent od sprzedaży każdego egzemplarza. Twórca nie dostaje comiesięcznej pensji – utrzymuje się z zebranych w ten sposób z rynku tantiem.
Ile zarabiają autorzy przebojów? Najpopularniejsi ponoć 2 mln zł rocznie. Ale informator, z którym rozmawiam, zaprzecza. – Wypłaty zmalały, co dotknęło nawet artystów z samego topu. Dostają co roku około pół miliona. Przy czym to są wpływy brutto, od których płaci się podatek oraz koszty uzyskania przychodu. Do ręki zostaje 60 proc. tej sumy. Ale ilu może się pochwalić dużymi poborami? Ledwie 1 proc. środowiska – mówi.
Reklama
Rozmawiam ze znaną autorką tekstów, która napisała w życiu kilka przebojów. – W ubiegłym roku z tantiem uzbierałam 85 tys. zł brutto. Miesięcznie na rękę wyszło około 5 tys. zł. Zadzwonił znajomy kompozytor i spytał: „Ty też widzisz, że masz mniej?”. Wcześniej wypłaty były wyższe. Nie, nie narzekam. Mam kilka przebojów, które na mnie pracują. Ale wielu kolegów i koleżanek nie wylansowało hitów i ledwo wiążą koniec z końcem.
Jeszcze mniej zarabiają wykonawcy, którzy nie są autorami tekstu ani muzyki do piosenki. Rekordziści mogą zebrać rocznie nieco ponad 100 tys. zł.

Reklama
Dlaczego twórcy zarabiają za mało? Sami zainteresowani widzą kilka powodów. Po pierwsze, ludzie coraz rzadziej legalnie kupują muzykę, bo wolą słuchać jej za darmo w internecie. Po drugie, płacą twórcom zbyt niską rekompensatę z tytułu słuchania piosenek w ramach dozwolonego użytku, zwłaszcza posiadacze smartfonów i tabletów zwolnionych z opłaty reprograficznej. Wreszcie po trzecie, organizacje zbiorowego zarządzania prawami, które ściągają tantiemy w imieniu twórców, mogłyby to robić skuteczniej. Dla autorów zarabia ZAiKS, dla artystów wykonawców STOART i SAWP, a dla producentów ZPAV.
300 mln zł na minusie
Zastanówmy się nad pierwszą kwestią. Czy rzeczywiście sprzedaż muzyki gwałtownie spada? Z danych ZPAV wynika, że tylko częściowo i jedynie w przypadku sprzedaży fizycznych nośników, czyli płyt CD. W pierwszym półroczu 2017 r. spadek zainteresowania tradycyjnym kompaktem wyniósł 5 proc. w stosunku do analogicznego okresu w 2016 r. Ale to nadal 65 proc. całego rynku, czyli ponad 81 mln zł. Najchętniej kupujemy muzykę poprzez streaming (83 proc. rynku cyfrowego), pobrania online (11 proc.) i na telefon komórkowy (6 proc.). Dlaczego więc artyści biją na alarm? Bo ze streamingu zarabiają grosze. Serwisy umożliwiające słuchanie muzyki online płacą twórcom – tu rozpiętość jest spora – średnio od 0,013 do 0,2 gr za jedno odtworzenie utworu. Więcej taki autor ma ze sprzedaży pojedynczego egzemplarza płyty CD – minimum 1,2 zł, wyliczane jako 11 proc. od trzech czwartych średniej ceny sprzedaży płyty przez producenta. I chociaż, aby wydać album trzeba nagrać kilkanaście utworów, za które słuchacz zapłaci tylko raz, przeciętny twórca woli zarabiać tradycyjnie niż cyfrowo.
Kwestia numer dwa dotyczy czystych nośników. Producenci i importerzy sprzętu elektronicznego podają, że rocznie płacą organizacjom zbiorowego zarządzania prawami około 27 mln zł z tytułu opłaty reprograficznej. Ale na mocy rozporządzenia ministra kultury tylko niektóre urządzenia i nośniki są objęte tą opłatą. To m.in. faksy, drukarki i skanery. Twórcy domagają się rozszerzenia katalogu o smartfony i tablety, proponując odpowiednio półtora i dwuprocentową stawkę od ceny tych urządzeń. Producenci i importerzy stawiają weto, argumentując, że urządzenia mobilne nie służą do kopiowania, a opłata uderzy po kieszeni konsumentów. – Jeśli na urządzenie, które kosztuje 3 tys. zł, wprowadzimy choćby jednoprocentowe opłaty, to zapłacimy za nie o 30 zł więcej. A jeśli producent podniesie cenę o 15 zł, dystrybutor o 10 zł, hurtownia o 5 zł, a na końcu sklep, który winduje najwyżej, o 15 zł, to ta podwyżka zrobi się bardzo odczuwalna. Każdy pośrednik w handlu będzie chciał skorzystać z okazji i zwiększyć swoją marżę, wpływając tym samym na cenę produktu – przekonuje Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego. Twórcy protestują. – Minister kultury od kilku lat, nie wiedzieć dlaczego, zwleka z rozszerzeniem opłaty reprograficznej na smartfony i tablety. Na wahaniach resortu tracą artyści. Jesteśmy ubożsi rocznie o ponad 300 mln zł, bo taką kwotę powinni płacić twórcom producenci i importerzy tych urządzeń – replikuje Wojciech Konikiewicz ze Związku Zawodowego Muzyków.
I trzecia sprawa – organizacje pośredniczące między artystą a rynkiem. Powinny zbierać tantiemy, dzielić i wypłacać. Co do tego, jak ten proces przebiega, istnieje jednak sporo wątpliwości. Czy wszyscy uprawnieni dostają pieniądze? Czy są one dzielone według klarownych reguł? Organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub pokrewnymi (wykonawczymi i producenckimi) gromadzi tantiemy wszystkich uprawnionych. Po pierwsze – robi to w imieniu swoich twórców – członków. Po drugie – artystów, którzy nie są członkami, ale powierzyli swoje prawa do piosenek pod ochronę organizacji. Wreszcie po trzecie – za wszystkich tych, którzy są twórcami czy wykonawcami, ale nigdzie nie należą, a swoich utworów nikomu nie zgłosili. Ta ostatnia grupa choć rozdrobniona, jest najliczniejsza i trudno policzalna. To na nią czekają niepodzielone przez organizację pieniądze, które z roku na rok rosną. Kłopot w tym, że zamiast cierpliwie leżeć i czekać, bywają traktowane jako własność inkasenta, a nie artysty. – Kwestii kwot niepodzielnych nie da się całkowicie uniknąć – uważa mecenas dr Marek Bukowski, ekspert prawa autorskiego. – Chodzi tylko o to, żeby procent tych środków był jak najmniejszy. Jeżeli osiąga poziom do 10 proc., można powiedzieć, że mieścimy się w dozwolonym marginesie. Jeśli jest wyższy, wtedy mechanizm zbiorowego zarządzania nie funkcjonuje należycie.
Kłopot w tym, że organizacje zbierające tantiemy prowadzone są przez stowarzyszenia. Nie wszyscy członkowie są jednak twórcami. A to oznacza, że mogą rozporządzać nie swoim majątkiem. Konieczne jest zatem rozdzielenie kompetencji finansowych organizacji od ich pozostałej działalności stowarzyszeniowej. I to m.in. ma gwarantować nowa ustawa.
Nieobecni czekają na pieniądze
Nowe prawo nakazujące wdrożenie dyrektywy unijnej przewiduje kilka istotnych zmian. Przede wszystkim organizacja musi niezwłocznie wypłacić pieniądze wszystkim twórcom, co do istnienia których nie ma wątpliwości. I to w terminie nie dłuższym niż 9 miesięcy od końca roku obrotowego, w którym przychody z praw zostały pobrane. Następnie w ciągu 3 miesięcy musi zacząć poszukiwania niezidentyfikowanych artystów, aby im również przekazać należności. Środki te można zamrozić albo bezpiecznie zainwestować, ale tylko w lokaty bankowe, ewentualnie w obligacje Skarbu Państwa bądź jednostek samorządu terytorialnego. Prawo zakazuje lokowania ich w fundusze inwestycyjne, chociaż w przeszłości takie praktyki miały miejsce. Dopiero jeśli w ciągu 3 lat nie uda się namierzyć właścicieli przysługujących im kwot, organizacje mogą przeznaczyć nierozdysponowane pieniądze na działalność socjalną, kulturalną i społeczną prowadzoną na rzecz reszty uprawnionych.
Jak szukać, aby znaleźć? Oto jest pytanie. Społeczna świadomość na temat tego, co to są tantiemy, zbierające je organizacje i czym różni się autor od wykonawcy, jest niewielka. Nawet wśród samych twórców orbitujących gdzieś poza stworzonym dla nich systemem. A system też nie robi wszystkiego, aby ich przygarnąć. Nieobecni są pożyteczni, bo dochodowi. I nie zaprotestują przeciwko obracaniu pieniędzmi, skoro nie wiedzą, że zostały wyjęte z ich portfela. Nawoływanie przez organizacje dla dochowania formalności „przyjdźcie po pieniądze” w branżowych periodykach prenumerowanych tylko przez zrzeszonych twórców czy na stronach internetowych, o istnieniu których wiedzą jedynie wtajemniczeni, to niemy, przez co często mało skuteczny apel.
Dlatego resort kultury rozpościera parasol ochronny nad zagubionymi uprawnionymi. – Nie jest tak, że roszczenie osoby, która się nie znalazła, wygasa – uspokaja Karol Kościński, wiceszef departamentu własności intelektualnej i mediów, jeden z autorów projektu nowej ustawy. – Po tych trzech latach nadal może znaleźć się uprawniony i upomnieć o swoje pieniądze. A organizacja musi tak gospodarować środkami, żeby mieć zabezpieczoną kwotę na zaspokojenie ewentualnych roszczeń. Nie ma w ustawie szczególnego terminu przedawnienia takich roszczeń. Obowiązuje więc termin ogólny, który wynika z prawa cywilnego, i wynosi co do zasady 10 lat.
Fryzjer płaci kilka razy
Przygotowane przepisy muszą uporać się z jeszcze innym problemem. Spośród dwunastu organizacji zarządzających prawami m.in. filmowców (SFP), twórców ludowych (STL), plastyków (ZPAP) czy twórców dzieł naukowych i technicznych (KOPIPOL) aż cztery monitorują rynek muzyczny – ZAiKS, STOART, SAWP i ZPAV. Każda ściąga tantiemy dla swoich podmiotów. Ale akurat tam, gdzie pieniędzy na rynku jest najwięcej, organizacje wchodzą sobie w paradę.
Mowa o polu publicznych odtworzeń, czyli – krótko mówiąc – o restauracjach, kawiarniach, fryzjerach, solariach czy gabinetach masażu. Miejscach, do których nie chodzi się posłuchać muzyki, ale ona tam gra, aby uprzyjemnić klientom czas, więc właściciele lokali muszą za ten luksus płacić według zatwierdzonych przez Komisję Prawa Autorskiego tabel wynagrodzeń. Pieniądze z odtworzeń stanowią jedną trzecią wszystkich wpływów z rynku tantiem i są szacowane na około 200 mln zł rocznie. Szef małej kawiarni (do 20 miejsc) w Szklarskiej Porębie jest zobowiązany płacić co miesiąc 154 zł. Jego kolega z Trójmiasta – 190 zł, a z Warszawy – 230 zł. Decydują zasięg i liczba miejsc w lokalu. Biorąc pod uwagę te kryteria, restaurator pracujący pod Szrenicą, który ma pięć razy większą knajpę niż wspomniany wyżej drobny przedsiębiorca z tej samej miejscowości, zapłaci już 520 zł. Gdyby jednak przeniósł swój biznes do Sopotu, byłoby to 641 zł, a w stolicy – 777 zł. Każda miesięczna stawka składa się z trzech danin i zaspokaja roszczenia twórców, wykonawców oraz producentów. Do ZAiKS trzeba oddać 45 proc. miesięcznej opłaty. Reszta organizacji upomni się o pozostałe 55 proc. stawki, z czego połowę pobierze ZPAV, a drugą – w stosunku 70 proc. do 30 proc. – rozparcelują między siebie STOART i SAWP. Fryzjer narzeka, że musi płacić kilka razy – przy zakupie odbiornika radiowego, za miesięczny abonament RTV i jeszcze dzielić się zarobionymi pieniędzmi z kilkoma organizacjami.
– Nie chodzi o to, żeby tych organizacji było mało, tylko aby podejmowały działania w ramach własnych uprawień. Projekt ustawy posługuje się zagadnieniem organizacji reprezentatywnej, czyli takiej, która ma prawo reprezentowania tych twórców czy artystów wykonawców, którzy nie powierzyli praw żadnej innej organizacji zbiorowego zarządzania. Skutek jest taki, że organizacja, która nie jest reprezentatywna, nie będzie mogła już wyciągać ręki po te same pieniądze. Treść art. 44 ust. 2 daje użytkownikowi prawo żądania zawarcia jednej wspólnej umowy z organizacjami, których zakresy reprezentacji się pokrywają – wyjaśnia mecenas Bukowski. Na polu praw pokrewnych muszą się porozumieć z jednej strony STOART, a z drugiej ZPAV i SAWP. Mogłyby powołać jedno stowarzyszenie, zmniejszyć dzięki temu koszty inkasa i pobierać jedną opłatę. Czy tak będzie – pożyjemy, zobaczymy.
Kto kupuje, ten słucha
Płacić za korzystanie z cudzej pracy twórczej trzeba – bezdyskusyjnie. Pytanie, czy pieniądze z pubów, salonów piękności czy zakładów fryzjerskich są sprawiedliwie dystrybuowane? Słychać głosy, że comiesięcznych zryczałtowanych kwot nie da się racjonalnie podzielić między twórców, skoro fryzjer czy kosmetyczka nie siedzą z kartką i długopisem przy odbiorniku i nie zapisują, jaka piosenka leci akurat w radiu. Co ma więc decydować o właściwym podziale? Popularność twórców? Ale jak ją zmierzyć? Liczbą polubień na Facebooku, statystykami odtworzeń utworów artysty na YouTubie, liczbą sprzedanych płyt? W przypadku publicznych odtworzeń decydują nadania radiowe, bo w kawiarni albo w pizzerii sączy się przecież muzyka z głośnika. To niby logiczne, ale nie do końca. Bo co np. z fryzjerami, którzy nie włączają muzyki z radia, tylko nagrywają piosenki z domowej płytoteki na pendrive’a i puszczają je w zakładzie? Powiedzmy, że strzygą irokezy, słuchając niszowego punk rocka. Albo rozczesują brody metalowcom przy ekstremalnych dźwiękach nielubianej w eterze muzyki spod znaku hard’n’heavy. Tacy artyści grani w zakładzie, a nie w radiu, nie zobaczą ani grosza z należnych im pieniędzy, bo podstawą do rozliczenia miesięcznych ryczałtów jest przecież radiowa ramówka. Gdzie tu sprawiedliwość? Fryzjer musiałby sam robić wykaz wszystkiego, co w ciągu miesiąca wyemitował z pendrive’a, ale czy miałby wtedy jeszcze czas i ochotę na strzyżenie?
Dyrektor ZPAV Bogusław Pluta szacuje, że punkty, w których nie lecą złote przeboje i najnowsze hity, stanowią około jednej piątej rynku. Ale to są drobni przedsiębiorcy, którzy obsługują relatywnie niewielu klientów. Nawet gdyby jakimś cudem przynosili wykazy, to by tylko komplikowało sprawę. Trzeba by szukać, kto ma prawa do piosenek nigdzie nie zarejestrowanych, co zabrałoby dużo czasu i podrożyło koszty inkasa. Ryczałt jest zbawieniem. – Kluczem do podziału pieniędzy, z którymi nie wiadomo co zrobić, są udziały w rynku sprzedaży. To wiarygodne dane i dzięki nim wszyscy uczestnicy rynku coś dostają. Filozofia jest taka: skoro ludzie kupują muzykę i ją odtwarzają, to znaczy, że jej słuchają. Nie jest to klucz idealny, ale jest – pozwala podzielić pieniądze pochodzące od użytkowników, który płacą tak mało, że analiza tych playlist byłaby nieopłacalna – uważa Pluta. Jednocześnie powątpiewa w zasadność niektórych zapisów nowej ustawy. Jego zdaniem problem nie dotyczy sposobu pobierania tantiem, tylko reguł ich dalszego przekazywania.
Ministerstwo nie chce wyręczać organizacji, dając im wolną rękę w tworzeniu mechanizmów podziału do kieszeni twórców. A w praktyce zdarzało się tak, że decyzji nie podejmowali uprawnieni, tylko zasiadający we władzach członkowie stowarzyszeń, którzy pod pozorem troski o interesy twórców dbali o własny interes. Z cudzych pieniędzy finansowali sobie fikcyjne zwroty kosztów, przyznawali wynagrodzenia za pracę wykonywaną społecznie albo kupowali głosy przed wyborami na kolejną kadencję. Byli na utrzymaniu artystów, choć miało być na odwrót...
Nie może być ciszy w eterze
Szykowana ustawa nie porządkuje też zamieszania z tabelami wynagrodzeń. Istnieje, jak było wspomniane, cennik za publiczne odtworzenia. Ma powstać – co narzucają nowe przepisy – wspólna dla wszystkich organizacji tabela na polu eksploatacji kinowej. Mało tego – przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się postępowanie apelacyjne o to, ile powinny płacić twórcom sieci kablowe za puszczanie muzyki w swoich programach. – Czekamy również aż stawki w kwestii nadań radiowych i telewizyjnych zostaną jakoś określone – mówi Pluta. – Jeśli brakuje zatwierdzonych tabel i nie wiadomo, ile ma płacić dana stacja, to nikt nie powinien nadawać muzyki. Ale co – będziemy mieli ciszę w eterze? Pokutuje podejście, że skoro nie ma stawek, nie trzeba płacić. Tracą na tym nie tylko organizacje, ale też użytkownicy, bo nie będzie wiadomo, jak legalnie korzystać z repertuaru. A oni robią na nim biznes, więc powinni być zainteresowani, jak zgodnie z prawem wejść w jego posiadanie.
Zostańmy przy samym radiu, które nie może się obejść bez muzyki. Na rynku nadań liczą się trzy rozgłośnie: RMF FM, Radio Zet i Radio Eska. Dwie pierwsze docierają do ponad 30 mln słuchaczy, Eska – do przeszło 17 mln. Wprawdzie największy zasięg ma Trójka (ponad 36 mln), ale i najmniejszy udział w rynku (ledwie 1 proc.), bo w publicznym radiu króluje słowo mówione, a nie śpiewane. Około 90 proc. środków z tantiem na tym polu generuje zatem wielka trójka. Ogólnopolskie stacje powinny płacić 5 zł za minutę nadania utworu na antenie albo 0,35 proc. od wszystkich swoich wpływów, m.in. z reklam, ogłoszeń, komunikatów czy programów sponsorowanych. Ale nie zawsze tyle płacą.
– Obecne warunki dla artystów wykonawców są, powiedzmy to sobie, średnie – przyznaje dyrektor STOART Agnieszka Parzuchowska-Janczarska. – Najwięksi nadawcy na rynku rozszerzają swoją działalność, w ramach jednej grupy radiowej lub telewizyjnej przybywa nowych programów, nowych form eksploatacji, a stawki pozostają te same. Dlatego renegocjujemy umowy. W ubiegłym roku STOART zwiększył inkaso z nadań o 20 proc. – z samych nadań audio zebraliśmy ponad 7,3 mln zł brutto. Bez muzyki działalność nadawców nie miałaby racji bytu.
Punktem odniesienia na polu nadań jest tabela wynagrodzeń z 2001 r. – nieco przestarzała i dlatego często nierespektowana przez płatników. Obecna ustawa nie przewiduje obowiązku złożenia nowej tabeli. – Ministerstwo uważa, że tabele są potrzebne tam, gdzie jest masowa eksploatacja i duża liczba użytkowników, często małych, którzy nie są w stanie sami negocjować warunków umowy z organizacjami. Bo zawieranie umów dotyczących korzystania z utworów jest dla takich użytkowników tylko dodatkowym obowiązkiem, niezwiązanym bezpośrednio z podstawową działalnością – wyjaśnia Karol Kościński z resortu kultury.
O przyszłości artystów i konsumentów muzyki zdecyduje się po wejściu w życie nowych przepisów. Ustawa powinna być przyjęta przez parlament na przełomie czerwca i lipca. Po podpisaniu przez prezydenta organizacje będą miały czas na dostosowanie swoich statutów i innych aktów wewnętrznych do treści dyrektywy, a ministerstwo pół roku na przegląd ich zezwoleń na prowadzenie zbiorowego zarządu. Kto się nie dostosuje, może stracić zezwolenie.
Stratni nie chcą być artyści, którzy – za pośrednictwem Związku Zawodowego Muzyków – zgłosili zastrzeżenia do projektu ustawy. Nie wyrażają zgody m.in. na to, aby ktokolwiek, kto nie należy do ich organizacji, miał prawo doradzać czy decydować w imieniu twórców o podejmowanych przez nich uchwałach. Postulują też, aby nie tylko nadawcy radiowi i telewizyjni, ale wszyscy, którzy publicznie odtwarzają muzykę, mieli obowiązek podpisania umowy z właściwą organizacją gromadzącą tantiemy w imieniu twórców.
10 maja odbyła się w Sejmie kolejna debata nad projektem ustawy. Twórcy, mimo zaproszenia, nie zostali wpuszczeni na obrady komisji sejmowej. – Mieliśmy całą serię uwag do tego projektu, ale nie pozwolono nam nawet biernie uczestniczyć w głosowaniu nad poprawkami. Zostaliśmy odizolowani od sprawy, która bezpośrednio nas dotyczy – mówi Konikiewicz.