Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Podstawowym zadaniem sądu, który stoi najwyżej w krajowej strukturze wymiaru sprawiedliwości, jest rozpoznawanie konkretnych spraw, które inicjowane są poprzez skargi kasacyjne. Na kanwie tych spraw SN formułuje pewne uogólnienia w zakresie właściwego rozumienia i interpretacji obowiązujących przepisów, które mają być drogowskazami dla pozostałych sądów. Przyjmuje się umownie, bo powszechnie obowiązującą wykładnię zniesiono wraz z końcem poprzedniej epoki, że interpretacja przepisów dokonana w konkretnej sprawie przez Sąd Najwyższy właśnie mocą jego autorytetu jest stosowana przez inne sądy w podobnych sprawach.
Słowo klucz w tym układzie to „autorytet”.
Od zgoła dwóch lat przetacza się przez sądowy wymiar sprawiedliwości tsunami zmian, które w założeniu mają usprawnić proces dochodzenia sprawiedliwości. O dziwo, na pierwszy rewolucyjny ogień poszedł właśnie Sąd Najwyższy. Pytanie brzmi – dlaczego reformę wymiaru sprawiedliwości zaczyna się od obszaru, który powinien być najbardziej trwałym i odpornym na zmiany elementem systemu? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, że SN to ostatnia instancja. W budynku przy pl. Krasińskich w Warszawie kończą się spory sądowe zainicjowane przed sądami powszechnymi. Dalej jest już tylko sądownictwo trybunałów unijnych. Jednakże przez gęste sito europejskich przepisów przechodzi tylko niewielka część spraw zakończonych w kraju.
Z powodów wyłuszczonych wyżej krajowe sądy najwyższe zawsze były łakomymi kąskami dla partii politycznych, które wyznawaną przez siebie regułę zwierzchności narodu uznają za nie do pogodzenia z zasadą separacji i równoważenia się władz, przecząc tym samym obowiązującemu kanonowi sięgającemu korzeniami doby oświecenia. Dobitnie w ostatnich latach pokazują to przykłady takich krajów jak Węgry, Rumunia czy Turcja. W krajach tych reformy zmierzające do usprawnienia prac odpowiedników naszego SN skutkowały uzależnieniem ich od władzy politycznej. Politycy uznają, że ten, kto kontroluje ostatnią instancję sądową, ma realną władzę, słusznie zauważając, że ostateczne orzeczenie – za wykonaniem którego stoi rozwinięty aparat przymusu państwowego – to narzędzie kształtowania rzeczywistości.
Mimo głośno zapowiadanych zmian w krajowym wymiarze sprawiedliwości, w ciągu dwóch lat w sądach powszechnych przeprowadzono wyłącznie rewolucję kadrową, wymieniając ok. 150 prezesów i wiceprezesów. Ruch ten w żaden sposób nie przekłada się na skrócenie długości rozpoznania sprawy Kowalskiego np. o zapłatę od kontrahenta. Ministerstwo Sprawiedliwości chwali się też wprowadzeniem losowego przydziału spraw do sędziowskich referatów. Po pierwsze, znów nie ma to najmniejszego znaczenia dla sprawności procedowania przez sądy w konkretnych sprawach. Po wtóre, losowanie według nieznanego i skrzętnie ukrywanego przez resort algorytmu nie dotyczy wielu spraw, np. rozpatrywanych w wydziałach odwoławczych, w których zasiadają wieloosobowe składy zawodowe.
Natomiast Sąd Najwyższy po 3 kwietnia 2018 r. czeka zupełnie inna rzeczywistość.
Ustawa z 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym ma 136 artykułów i ponad 50 stron. Nie sposób w krótkim komentarzu opisać wszystkich zmian i ich konsekwencji. Dość powiedzieć, że praktycznym skutkiem wejścia w życie rzeczonej ustawy będzie wymiana sędziowskiego składu osobowego w ok. 40 proc. na skutek obniżenia wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku, włącznie z I prezes Sądu Najwyższego. Powstaną dwie nowe izby: Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Dyscyplinarna. Co istotne – skład tych izb będą stanowili sędziowie, których wybierze również powołana w atmosferze zarzutów o łamanie konstytucji w procedurze wyłaniania jej sędziowskich członków Krajowa Rada Sądownictwa. I co znamienne – w jej składzie nie znalazł się ani jeden sędzia Sądu Najwyższego czy Sądu Apelacyjnego. Zdecydowaną większość jej sędziowskiej części to sędziowie sądów rejonowych będący beneficjentami rewolucji kadrowej w zakresie ministerialnego rozdawnictwa prezesowskich funkcji. I właśnie sędziowie najniższego szczebla sądownictwa powszechnego dokonają wyboru lwiej części nowego składu Sądu Najwyższego.
Jeśli już dotknąłem tematu nowej struktury SN, to pewnym smaczkiem o wybitnie gorzkiej nucie jest to, że w izbie dyscyplinarnej zasiadający w niej sędziowie będą otrzymywali wynagrodzenie o 40 proc. wyższe niż, dajmy na to, sędziowie w izbie karnej. Dlaczego? Czy ustawodawca sugeruje, że sprawy dyscyplinarne przedstawicieli wszystkich zawodów prawniczych cechuje dalece większy stopień skomplikowania faktycznego i prawnego niż zagmatwane i wielotomowe sprawy karne czy cywilne? Nie będę dociekał źródła tak wysokich wynagrodzeń sędziów dyscyplinarnych.
Będąc przy tej tematyce, warto wspomnieć, że w ustawie z 8 grudnia 2017 r. przewidziano całkiem nowy model postępowania dyscyplinarnego. Dotyczy to głównie strony oskarżycielskiej, a więc rzeczników dyscyplinarnych. Wprowadzono aż trzy rodzaje oskarżycieli. Oprócz tych działających przy sądach okręgowych przewidziano rzeczników powoływanych przez ministra sprawiedliwości ad hoc do konkretnej sprawy. W zakresie określonych deliktów dyscyplinarnych, stanowiących przestępstwa umyślne, rzecznikiem dyscyplinarnym będzie mógł być również prokurator wskazany przez ministra sprawiedliwości – prokuratora generalnego. Słowem, mysz się nie prześlizgnie.
Wciąż jednak aktualne pozostaje pytanie, na które autorzy reformy sądu ostatniej instancji nie byli w stanie udzielić rzeczowej odpowiedzi: czym zasłużył sobie SN na taki los. Owszem, padają różnego rodzaju komunikaty. Inicjatorem opisywanej zmiany był najwyższy przedstawiciel władzy wykonawczej. Z Pałacu Prezydenckiego płynęły następujące uzasadnienia dla wchodzącej w życie ustawy o SN, wymienię dwa najczęściej artykułowane.
Po pierwsze „usprawnienie działania”. W dniu 19 marca 2018 r. I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf przedstawiła coroczne sprawozdanie z działalności sądu, którym kieruje. Było mnóstwo liczb, wskaźników i detali. Warta zapamiętania jest jedna liczba, w moim przekonaniu najważniejsza. Otóż średni czas oczekiwania na wyrok w SN to siedem miesięcy. Jesteśmy w europejskiej czołówce. Muszę w tym miejscu dodać, że na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów Sądu Najwyższego nie było żadnego przedstawiciela władzy ustawodawczej. Mimo zaproszenia nie pojawili się marszałkowie Sejmu i Senatu ani ich przedstawiciele. Tradycyjnie ZO zignorował minister sprawiedliwości, który nie przysłał nawet swojego wysłannika. Był za to prezydencki minister Andrzej Dera, który w kontekście co najmniej zadowalających wyników ilościowych mówił o usprawnieniu procedowania w Sądzie Najwyższym, co ma dać właśnie wchodząca w życie nowa ustawa. Jedynie dla zachowania sprawiedliwości proceduralnej muszę zaznaczyć, że kilka tygodni temu na podobnym zebraniu, ale w Trybunale Konstytucyjnym, pojawił się prezydent Andrzej Duda, który w samych superlatywach wypowiadał się o tym organie – i to w sytuacji, gdy rok 2016 był najgorszym rokiem TK od 13 lat w zakresie sprawności orzekania. Do sądu konstytucyjnego trafiło 42 proc. spraw mniej niż w roku poprzednim, a sam trybunał wydał 43 proc. mniej orzeczeń.
Druga grupa argumentów przemawiających za reformą SN to „odmłodzenie jego składu” czy wręcz jak wielokrotnie wypowiadał się sam Andrzej Duda, „jego przewietrzenie”. Pomińmy milczeniem w tym miejscu niewłaściwość tego ostatniego sformułowania, nieprzystającego w żaden sposób do kontekstu. Zaiste trudno polemizować z zawartością merytoryczną takiej argumentacji, bo jej po prostu nie ma. I znów odwołajmy się do szerszej perspektywy. W Stanach Zjednoczonych średnia wieku sędziego Sądu Najwyższego przekracza 70 lat. Podkreślić należy, że swój urząd sędzia pełni tam dożywotnio. W Polsce w stan spoczynku przenosi się sędziego po ukończeniu 65. roku życia. Na jego dalsze orzekanie zgodę musi wyrazić prezydent. Co więcej, wypadki ostatnich miesięcy pokazały, że suwak sędziowskiego wieku spoczynkowego władza ustawodawcza może zmieniać dowolnie i w ten sposób pozbywać się części sędziów z I prezesem SN włącznie, co stanowi oczywiste naruszenie kadencyjności tej funkcji, o czym mówi wyraźnie konstytucja w art. 183 ust. 3. Ale kto by się tym przejmował.
Chyba dla każdego jest oczywiste, że w prestiżowym, stanowiącym ostatnią instancję sądzie winni się znaleźć prawnicy doświadczeni, i to nie tylko zawodowo, lecz także życiowo. Sąd Najwyższy to nie kadra piłkarska, by ją raz na jakiś czas „odmładzać”, dając szansę młodszym i „głodnym sukcesów”. Zresztą wymiana pokoleniowa następuje w SN tak jak w każdym innym sądzie. Sędziowie przechodzą sukcesywnie w stan spoczynku po osiągnięciu wymaganego wieku bądź odchodzą z zawodu z innych przyczyn, a na ich miejsce powoływani są nowi po przejściu drobiazgowej procedury nominacyjnej. Nie buduje prestiżu instytucji radykalna wymiana jej składu, i to dokonywana gwałtownie niczym cięcie nożem.
W tym kontekście jest pewna okoliczność, która w moim przekonaniu oddaje rzeczywistą intencję autorów „reformy” SN. Nowa ustawa przewiduje obniżenie wieku, po osiągnięciu którego sędzia Sądu Najwyższego będzie przechodził w stan spoczynku, do 65 lat. W art. 111 par. 2 ustawy z 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym przewidziano dla każdego sędziego możliwość złożenia w ciągu sześciu miesięcy oświadczenia o przejściu w stan spoczynku, dodać należy w tym miejscu, bez względu na jego wiek. Pytam zatem, co chciał powiedzieć tym przepisem ustawodawca? Czy nie jest to swoiste wotum nieufności wobec wszystkich sędziów SN? Innymi słowy autorzy reformy złożyli sędziom propozycje: nie cenimy waszego dorobku orzeczniczego, możecie opuścić Sąd Najwyższy, przechodząc w stan spoczynku z zachowaniem 75 proc. ostatniego uposażenia do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego, a na wasze miejsce wybierzemy innych – i to za pośrednictwem ministerialnych nominatów zasiadających w KRS.
Czy tak powinien wyglądać dobór składu ostatniej instancji sądowej? Przecież nie mamy tutaj do czynienia z sytuacją, o której mowa w art 180 ust. 5 konstytucji. Owszem, ustawa z 8 grudnia 2017 r. istotnie przekształca wewnętrzną organizację SN, ale nie zmienia jego ustroju, o czym mówi ten przepis ustawy zasadniczej. Czy od roku 2018 tak ma wyglądać kształtowanie ustroju sądownictwa w Polsce, kiedy to każda większość sejmowa zdolna uchwalić nową ustawę o SN będzie w cyklach sejmowych kadencji pozbywała się jego aktualnego składu?
Sędziowie SN mają sześć miesięcy na decyzję. Jako orzecznik najniższego szczebla sądownictwa, jeśli moje słowa nie zostaną odebrane jako nazbyt śmiałe, chciałbym w tym miejscu zwrócić się z apelem do sędziów SN, którzy nie zostaną z mocy prawa przeniesieni w stan spoczynku po wejściu w życie ustawy z 8 grudnia 2017 r., by trwali na swych stanowiskach i tym samym zachowali ciągłość oraz autorytet tej instytucji na otwarcie kolejnych stu lat jej istnienia.
W prestiżowym, stanowiącym ostatnią instancję sądzie winni się znaleźć prawnicy doświadczeni, i to nie tylko zawodowo, lecz także życiowo. Sąd Najwyższy to nie kadra piłkarska, by ją raz na jakiś czas „odmładzać”, dając szansę młodszym i „głodnym sukcesów”