Temat rozwiązań wspomaganych komputerowo nie jest nowy, ale odżył, gdy pojawił się rządowy projekt dość gruntownych zmian ustawy – Prawo własności przemysłowej. Obiekty do tej pory nietraktowane jak wynalazki mają pozostać wykluczone, gdy są zgłaszane „jako takie”. Co to znaczy? Czym są „nie jako takie”? Tego projektodawca nie tłumaczy.
Reklama
Nie wszystko, co wymyślą inżynierowie, jest wynalazkiem. Nie jest tak, że dla rozwiązań abstrakcyjnych, np. matematycznych, organizacyjnych, softwarowych, wystarczającą legitymacją do bycia nim jest to, że można je zrealizować przy pomocy techniki komputerowej. To komputer jest wynalazkiem stworzonym do implementacji dowolnych programów. Zarzut braku cech wynalazku wobec jakiegoś rozwiązania teleinformatycznego nie podważa autorytetu twórcy, świadczy jedynie, że takie rozwiązania nie mieszczą się w sferze patentowej. To tak, jak gdyby profesor teleinformatyki zgłosił właściwe dla swego fachu rozwiązanie na konkurs kompozytorski.
Wynalazek na świecie
Z rozwiązaniami wspomaganymi komputerem jest tak, że jeśli wkład twórczy dotyczy sfery materialnej (hardwarowej), to są one uznawane za rozwiązania techniczne – czyli wynalazki, które dopiero zostaną zbadane w szczególności pod kątem nowości i poziomu wynalazczego (nieoczywistości rozwiązania). Problem zaczyna się, gdy zgłoszone rozwiązanie nie przedstawia modernizacji sprzętowej, a jedynie możliwą do realizacji ogólną ideę, która de facto jest opisanym na poziomie koncepcji programem komputerowym, bo w praktyce tylko tak można ją zrealizować. Na domiar złego (choć słusznie) takie zgłoszenia nie zawierają przykładu programu komputerowego, a skala uogólnienia w dużym przybliżeniu wynosi 1:1000, a bywa i większa. To tak, jakby powołując się na wymyślenie 6-s. opowieści, ktoś domagał się monopolu na wszystkie 100-min. filmy realizujące tę opowieść. Oczywiście przyznawanie tego rodzaju monopoli hamuje rozwój techniki, tak samo jak hamowałoby rozwój sztuki filmowej, literatury, muzyki i każdej sfery ludzkiej działalności.

Reklama
Po latach braku zdecydowanych rozstrzygnięć świadomość tej sytuacji przełożyła się na orzecznictwo najważniejszych amerykańskich sądów. Wpierw na precedensowe wyroki Sądu Najwyższego (sprawy Bilski i Alice), a następnie na głębiej formułowane uzasadnienia waszyngtońskiego Sądu Apelacyjnego, np. w sprawie IV przeciw Symantec, gdzie podano takie argumenty: zakres ochrony pozostaje w wielkiej dysproporcji do technicznego ujawnienia; występuje fałszywa zachęta polegająca na nagradzaniu patentami tych, którzy tworzą mgliste idee, a karaniu (poprzez procesy o naruszenie) tych, którzy wprowadzają konkretne rozwiązania; pojawia się niemożliwość wprowadzenia innowacji ze względu na wielość takich patentów; brakuje skonkretyzowanego zakresu ochrony, co powoduje niepewność prawną. Prowadzi to do sytuacji, że choć patenty na takie rozwiązania są przez Urząd Patentowy USA przyznawane, gdy dochodzi do sporów sądowych, skutkiem jest prawie zawsze ich unieważnienie.
Na rozwiązania softwarowe patentów udziela również Europejski Urząd Patentowy (EPO). Jest to urząd szczególny, ponieważ całkowicie legalnie dysponuje autonomią finansową i administracyjną, działając poza strukturami prawnymi Unii. Nie ma też (jak to jest np. w Polsce) prawnych zapisów obligujących EPO do uwzględniania interesu społecznego i słusznego interesu obywateli. Jakby tego było mało, decyzje EPO nie są zaskarżalne do żadnych sądów. Patent można unieważnić przez dziewięć miesięcy od publikacji przed EPO, a później w każdym z 38 państw, które obejmuje jego działanie. To otoczenie prawne sprawia, że urząd całkowicie swobodnie kształtuje swoją doktrynę, rozszerzając zakres obejmowania patentami (komercyjnie przynosi mu to większy zysk i żadna instytucja nie może mu tego zabronić). Jedynymi beneficjentami tej sytuacji (oprócz samego EPO i pośredniczących w tym rzeczników patentowych) są wielkie koncerny, którym EPO dostarcza oręża do walki z małymi i średnimi konkurentami. Nie jest to dobry wzór do naśladowania. Słusznie w różnych publikacjach przytacza się dane liczbowe wskazujące, że co roku Polskę zalewa ogrom patentów EPO, z których jedynie znikoma liczba udzielona jest na rzecz polskich podmiotów. Można z tego jedynie wyciągnąć wniosek, że przynależność naszego kraju do tego typu organizacji ma także negatywne konsekwencje. Warto przypomnieć, że praktyka EPO jest od lat krytykowana przez liczne zagraniczne autorytety prawa patentowego, np. przez byłego już prezesa londyńskiego sądu apelacyjnego prof. R. Jacoba. Z kolei zapisy prawa związane z listą niewynalazków i podziałem na obiekty „jako takie” i „nie jako takie” od lat są przedmiotem krytyki np. prof. J. Pila – dyrektora Oxford Intellectual Property Research Centre. Ważny jest również fakt, że próba wprowadzenia doktryny EPO jako dyrektywy UE w zakresie tzw. rozwiązań realizowanych przy pomocy komputera została w 2005 r. odrzucona przez Parlament Europejski zdecydowaną większością głosów (648 za odrzuceniem, 14 głosów przeciw, 18 wstrzymujących). Rozszerzona Izba Odwoławcza EPO – najwyższe ciało „europejskiej” doktryny patentowej – nic sobie z tego nie robi. Nie liczy się z orzecznictwem krajowym i nawet nie odpowiada na pytanie ówczesnej Prezes EPO Alison Brimelow o niejednolitość orzecznictwa w sprawie rozwiązań wspomaganych komputerowo.
Ustawa, sąd i biegli
Wymóg materialności nigdy nie znikł z polskich przepisów patentowych i jest obecnie zachowany w art. 33 ust. 3 ustawy. Spójne jest z tym również ostatnie orzeczenie NSA z 9.06.2017 (sygn. akt II GSK 2672/15), w którym sąd oparł się nie tylko na twierdzeniach ekspertów UP, lecz również na zeznaniach stron sporu. Uwzględnił też publikację wybitnego autorytetu w dziedzinie prawa wynalazczego – prof. Aurelii Nowickiej. Ktoś zapyta, dlaczego w tego typu sprawach nie są powoływani biegli, np. z zakresu teleinformatyki. Odpowiedź jest bardzo prosta: dlatego, że spory o udzielenie patentu ogniskują się głównie wokół interpretacji kryteriów patentowych, a w dziedzinie telekomunikacji często wokół kryterium „wynalazku”, natomiast naukowcy zajmujący się takimi rozwiązaniami nie są biegli w prawie patentowym, ponieważ na uczelniach technicznych nie są wykładane doktryny patentowe. Podobnie jak wybitni poeci niekoniecznie znają się na prawie autorskim.
Słusznie w dyskusji na ten temat powołuje się „Podręcznik Frascati” opracowany przez ekspertów OECD, który pozwala odróżnić prace badawczo-rozwojowe od tych, które nimi nie są. Można się z niego dowiedzieć, że „czynności rutynowe związane z oprogramowaniem, niepociągające za sobą postępu naukowego czy technicznego ani wyeliminowania niepewności o charakterze technicznym nie powinny być zaliczane do B+R”. Podane są również przykłady takich czynności, np.: dodawanie funkcjonalności dla użytkownika w programach użytkowych, tworzenie aplikacji biznesowych i systemów informatycznych na podstawie znanych metod i istniejących narzędzi informatycznych. Nie wszystkie owoce prac B+R są wynalazkami, a spośród tych, które nimi są, nie wszystkie posiadają zdolność patentową. Natomiast w odniesieniu do wspomnianych wyżej programów komputerowych, które słusznie nie są zaliczane nawet do B+R, powinno być oczywiste, że tym bardziej nie są i nie mogą być wynalazkami.
Praktyka patentowa
Śledząc orzeczenia sądów administracyjnych w Polsce, można śmiało powiedzieć, że w przypadku rozwiązań „realizowanych przy pomocy komputera”, które nie zostały uznane za wynalazki, zdecydowana większość odmów orzekana jest nie na podstawie zarzutu, że przedmiot zgłoszenia jest programem komputerowym (art. 28 p.w.p.), tylko z uwagi na abstrakcyjny, nietechniczny charakter rozwiązania (bezpośrednio z art. 24 p.w.p., ewentualnie w zw. z art. 33 ust. 3 p.w.p.). Zatem podział na „jako takie” i „nie jako takie” w obrębie rzadko wykorzystywanych zarzutów może niewiele zmienić.
W innych państwach UE regulacje prawne pod względem takiego podziału przedmiotów zgłoszenia są różne, jedni mają formułę „jako takie”, a inni nie, ponieważ nie ma obowiązku dosłownego kopiowania przepisów Konwencji o patencie europejskim (podstawy działania EPO) do prawa krajowego. Wydaje się, że lepiej byłoby nie komplikować prawa poprzez trudny w interpretacji zapis „jako takie”.
Często mówi się o niskiej pozycji Polski w międzynarodowych rankingach innowacji. Często przytaczany jest ranking Komisji Europejskiej, w którym w 2017 r. Polska zajmuje 25. miejsce na 28 krajów. Wynik ten nie pokazuje jednak pełnego obrazu. Istnieją bowiem renomowane rankingi innowacyjności, np. Bloomberga, w którym Polska od dawna jest na poziomie średniej UE. Najwyżej z krajów Europy Wschodniej, wyraźnie przed Hiszpanią, prawie na równi z Włochami. Trzeba zdawać sobie sprawę, że wszystkie te indeksy obejmują różne parametry, z których tylko pojedyncze dotyczą liczby patentów i zgłoszeń patentowych. Pojęcie innowacji obejmuje to, co jest nowe i wdrożone, niekoniecznie musi to być wynalazek i niekoniecznie musi być opatentowany, zwłaszcza że opatentowane wynalazki dość rzadko są wdrażane (kilkanaście procent). Natomiast pod względem ilości zgłoszeń patentowych Polska zajmuje 17., a pod względem udzielonych patentów 15. miejsce na świecie. Wydaje się więc, że polski problem bardziej dotyczy deficytu wdrożeń niż patentów.