Są pierwsze sygnały, że uruchomiony na początku roku rejestr pedofilów zakłócił spokój i prywatność ofiar przestępstw seksualnych. Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar potwierdził, że docierają do jego biura kolejne skargi związane z rozpowszechnianiem danych z ogólnodostępnej części bazy.
Reklama
Znajdują się w niej informacje o tożsamości, miejscu pobytu oraz zdjęcia prawie 800 najgroźniejszych sprawców: gwałcicieli, którzy działali ze szczególnym okrucieństwem, przestępców seksualnych, których ofiarami były dzieci, a także recydywiści, którzy przynajmniej raz zostali skazani na czyn popełniony na osoby niepełnoletniej. Pomysł opublikowania w internecie danych pedofilów od początku budził obawy związane z ryzykiem wtórnej wiktymizacji.
Jedną ze skarg przesłał do RPO nastolatek, mieszkaniec wsi, przebywający wraz z siostrą w rodzinie zastępczej. Oboje kilka lat temu padli ofiarą brutalności i przemocy seksualnej ze strony ojca. Mężczyzna ostatecznie został skazany na 15 lat więzienia, a jego dane trafiły do publicznej części rejestru pedofilów. Stamtąd szybko zaczęły być udostępniane przez mieszkańców wsi w mediach społecznościowych. Z listu do rzecznika wynika, że rodzeństwo obawia się, że jest kwestią czasu, zanim otoczenia rozpozna w nich ofiary pedofila. A zmiana nazwiska w małej miejscowości nie rozwiąże problemu.
RPO zwrócił się więc do ministra sprawiedliwości o pilne znowelizowanie ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym (Dz.U. z 2016 r. poz. 862). Obecnie nie stwarza ona ofiarom możliwości wystąpienia do sądu o usunięcie danych z ogólnodostępnego rejestru. To sąd podejmuje decyzję o ujawnieniu w nim tożsamości pedofila przy wydawaniu wyroku. I może nie wyrazić na to zgody właśnie m.in. w trosce o ochronę prywatności pokrzywdzonego oraz jego najbliższej rodziny. Natomiast sprawcy, którzy zostali skazani przed wejściem w życie ustawy, mieli dwa miesiące na to, aby złożyć wniosek o wyłączenie ich danych z publicznej bazy.