Prezes Rady Ministrów, marszałkowie Sejmu i Senatu, minister sprawiedliwości, a przede wszystkim prezydent. To wielka piątka nieobecnych na obchodach 100-lecia Sądu Najwyższego, które w zeszły czwartek odbyły się na Zamku Królewskim w Warszawie. A zarezerwowane dla nich krzesła, które przez całą uroczystość stały puste, to niestety smutny symbol stanu naszej demokracji oraz tego, w jaki sposób obecnie rządzący postrzegają ideę państwowości.
To, że między władzą wykonawczą a sądowniczą iskrzy, odkąd wybory wygrało PiS, nie jest żadną tajemnicą. Zresztą, że tak się stanie prędzej czy później, było chyba jasne dla każdego, kto choć pobieżnie zapoznał się z programem wyborczym tej partii. Stało się to prędzej, bo już na samym początku swego urzędowania PiS postanowiło rozprawić się z Trybunałem Konstytucyjnym. Później pojawiły się projekty dotyczące sądów powszechnych. Kulminacyjnym momentem sporu z pewnością było głosowanie w Sejmie nad ustawami o Krajowej Radzie Sądownictwa i SN. Ustawy te były pełne luk, błędów, wypaczeń, co kazało przypuszczać, że jedynym ich celem było przejęcie (niektórzy by tu dodali przymiotnik „wrogie”) tych instytucji i obsadzenie ich swoimi ludźmi. Zresztą politycy przestali już udawać, że nie o wymianę kadrową tu chodzi. Otwarcie przecież krytykują sędziów SN, zarzucając im (jak już pisaliśmy – niesłusznie) orzekanie zgodnie z linią PZPR.
Tak więc z czysto ludzkiego punktu widzenia nawet potrafię zrozumieć Beatę Szydło czy Zbigniewa Ziobrę, że nie mieli ochoty odpowiadać na zaproszenie sygnowane nazwiskiem Małgorzaty Gersdorf i brać udziału w organizowanych pod jej nadzorem obchodach. Odwróćmy jednak na chwilę tę sytuację i popatrzmy na nią oczami I prezes SN. Ona przecież także ma mnóstwo powodów, aby czuć antypatię do obecnych rządzących. Ci nie ukrywają, że jednym z celów „reformy” ma być odebranie jej sterów w SN. I to pomimo zapisanej w konstytucji sześcioletniej kadencji I prezesa SN. Mimo to prof. Gersdorf, ustalając listę gości, nie wykreśliła z niej marszałka Sejmu czy Senatu, prezesa Rady Ministrów czy ministra sprawiedliwości. Taka myśl pewnie nawet przez chwilę nie zagościła w jej głowie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – prof. Gersdorf rozumie obowiązki, jakie wiążą się z pełnieniem w państwie określonej funkcji. Dlatego też miała świadomość, że wysyła zaproszenia nie do pani Beatki czy pana Zbyszka. Wiedziała, że zwraca się do przedstawicieli najważniejszych organów państwowych, bez których państwo nie byłoby w stanie w ogóle funkcjonować. Aż dziw bierze, że z tego ustrojowego abecadła najwyraźniej nie zdają sobie sprawy ci, których prof. Gersdorf zaprosiła na Zamek Królewski.